Szedłem przez puste korytarze, do ogromnych drzwi wejściowych.
- Baekhyun!
Usłyszałem swoje imię i poczułem ciężar na swoich zacnych barkach.
- Kurde. Chanyeol lekki nie jesteś! - próbowałem strącić ręce chłopaka z ramion, na których opierał się całym ciężarem.
- Przesadzasz.
Zdjął swoje olbrzymie łapy i szedł teraz ze mną ramię w ramię.
Park Chanyeol. Mój przyjaciel od dzieciństwa. Nie wiem, po prostu nie mam zielonego pojęcia jak ja z nim tyle lat wytrzymałem.
Wiecznie uśmiechnięty, radosny. Happy Virus normalnie. Jest o kilka miesięcy młodszy ode mnie. Ja rozumiem, żeby tak zachowywał się Sehun czy Kai, ale on. Mamy po 19 lat, a oni Jongin i Sehun po 17.
A Chanyeol ma najwięcej energii z nas wszystkich razem wziętych.
Czasami mam go naprawdę dosyć. Wtedy jak wrobił mnie w napisanie referatu na przyrodę kiedy byłem chory i jakoś mnie o tym nie poinformował. Lub kiedy znalazł kota na ulicy i wcisnął go mi tłumacząc się tym, iż jego ojciec ma uczulenie na sierść.Więc gdyby zobaczyliby tego słodzika, zabiliby go na miejscu...Chanyeol'a nie kota.
Do dziś kot jest pod moją, dość ciężką opieką. Nazywa się Kimi.
Park wybrał jej te, według niego kawaii imię. Nie wiem dlaczego. Żadnych powiązań...ni to w jej wygląd, gdyż była czarna. Zapewne tym bardziej nie w charakter, bo Kimi tym bardziej słodka nie była. Zdołałem się o tym przekonać na własnej skórze.Kiedy to obrywałem pazurami. Tego kota bardziej opisują słowa: furia, szatan, diabeł, nadpobudliwiec, ale KAWAII?!
Dochodząc do wniosku Chanyeol doprowadzał mnie nie raz do stanu wyczerpania fizycznego jak i psychicznego, co świadczą mało widoczne już blizny na jednym policzku i dłoniach. Dostałem w policzek od kota...przeklęte stworzenie.
Wyszliśmy z budynku szkoły. Na parkingu nie było już żadnych samochodów, no nie licząc jednego, który zapewne należał do woźnego.
Przeszliśmy przez wielką, czarną bramę i weszliśmy na chodnik wykładany szarą kostką brukową.
- Becon chcesz gofra? - rudzielec wyszczerzył się pokazując tym samym rząd nienagannie prostych i białych zębów.
Spojrzałem na niego spode łba.
- Tyle razy mówiłem...Nie jestem BECON, jestem BAEKHYUN!! - wyprowadzony nieco z równowagi, wyraźnie zaakcentowałem.
Chłopak podniósł ręce w obronnym geście i poszedł do kawiarenki. Co oznaczało tylko jedno...muszę na niego zaczekać.
Usiadłem na krześle przed kawiarenką, na który padał wielki cień rzucany przez zielony parasol. Oparłem się łokciami o plastikowy stolik.
Nie powiem mimo, iż siedziałem w cieniu słońce dawało mi się we znaki. Tym bardziej, że siedziałem w koszuli z długimi rękawami, która była nieodłącznął częścią mundurku.
Po kilkunastu minutach Chanyeol raczył wyjść z budynku. Niósł dwa gofry, choć nie pamiętam, abym wtedy o niego prosił.
- Nie patrz tak na mnie! To, że nie mówiłeś nie znaczny, że nie chciałeś - usprawiedliwiał się.
Podał mi mojego gofra, po czym wziął gryza swojego.
Czasami naprawdę dobija mnie fakt, że ten psychol zna mnie, aż tak dobrze. Nawet za dobrze.
Ponownie zaczęliśmy iść w stronę swoich domów, tylko tym razem każdy jadł gofra.
Dom Park'a był po drodze do mojego.On mieszkał z rodzicami, a mnie moi wywalili natychmiast jak zostałem pełnoletni. Tym samym rzucili mnie na głęboką wodę, bym się usamodzielnił. Na początku zanim jeszcze znalazłem własny dach nad głową, mieszkałem u kolegi Luhan'a, chińczyka starszego ode mnie, który niedawno musiał z powrotem wrócić do swojego ojczystego kraju - Chin. Powiedział, że się jeszcze spotkamy, ale to już inna historia. Określmy to tak...niewielkie mieszkanie w centrum, praca w sklepie z komiksami oraz kot, to wyżyny mojej samodzielności.
Z zamyślenia wyrwał mnie Chanyeol, który umazał mi nos w bitej śmietanie. Zaczął się ryć jak głupi, a ja patrzyłem na niego z politowaniem.
I z takim kimś przyszło mi żyć. Za jakie grzechy? No co ja takiego zrobiłem w ciągu tych marnych 19 lat?
- Chanyeol - zacząłem ścierając śmietanę z nosa.
- Nie zabijaj!
Popatrzyłem na niego z miną "Are you fucking kidding me?".
- Chcę ci tylko uświadomić, że twój dom minęliśmy kilka metrów temu - mruknąłem.
- Ło Jezu!
- Wystarczy Baekhyun - prychnąłem.
- Dobra Baekkie do zobaczenia! - krzyknął i zniknął wraz ze swoim gofrem pośród tłumu.
I tyle widziałem rudzielca...moment, on nawet nie zareagował jak mu przerwałem. To dziad.
Wchodząc do mieszkania o mały włos nie zabiłem Kimi, która ni z tego, ni z owego pojawiła się pod moimi nogami. By zapobiec niepotrzebnej nikomu śmierci kota, sam wyrżnąłem pięknego orła na białych kafelkach.
Syknąłem z bólu przy podnoszeniu się. Zanim ten kot będzie wąchał kwiatki od spodu, to ja przez jego bezmyślne postępowanie wykorkuję. Kiedy to się stanie, ten KAWAII kurdupel będzie bezkarnie załatwiał się na mój grób, by zupełnie dopić biednego Bakusia!
Za dużo czasu z Chanyeol'em, już sam zaczynam zdrabniać swoje imię. Jeszcze dojdzie do tego, ze będę do niego mówił Yeollie. Tragedia...
Na samą myśl się wzdrygnąłem się z obrzydzenia. Podniosłem się z podłogi i ruszyłem do swojego pokoju.
Przebrałem się w luźniejsze ciuchy. W łazience wrzuciłem mundurek do prania
Przed wyjściem do pracy nasypałem jeszcze jeść bestii, wyszedłem z mieszkania i skierowałem się do sklepu z komiksami.
Autor: Lee Satori^^
- Baekhyun!
Usłyszałem swoje imię i poczułem ciężar na swoich zacnych barkach.
- Kurde. Chanyeol lekki nie jesteś! - próbowałem strącić ręce chłopaka z ramion, na których opierał się całym ciężarem.
- Przesadzasz.
Zdjął swoje olbrzymie łapy i szedł teraz ze mną ramię w ramię.
Park Chanyeol. Mój przyjaciel od dzieciństwa. Nie wiem, po prostu nie mam zielonego pojęcia jak ja z nim tyle lat wytrzymałem.
Wiecznie uśmiechnięty, radosny. Happy Virus normalnie. Jest o kilka miesięcy młodszy ode mnie. Ja rozumiem, żeby tak zachowywał się Sehun czy Kai, ale on. Mamy po 19 lat, a oni Jongin i Sehun po 17.
A Chanyeol ma najwięcej energii z nas wszystkich razem wziętych.
Czasami mam go naprawdę dosyć. Wtedy jak wrobił mnie w napisanie referatu na przyrodę kiedy byłem chory i jakoś mnie o tym nie poinformował. Lub kiedy znalazł kota na ulicy i wcisnął go mi tłumacząc się tym, iż jego ojciec ma uczulenie na sierść.Więc gdyby zobaczyliby tego słodzika, zabiliby go na miejscu...Chanyeol'a nie kota.
Do dziś kot jest pod moją, dość ciężką opieką. Nazywa się Kimi.
Park wybrał jej te, według niego kawaii imię. Nie wiem dlaczego. Żadnych powiązań...ni to w jej wygląd, gdyż była czarna. Zapewne tym bardziej nie w charakter, bo Kimi tym bardziej słodka nie była. Zdołałem się o tym przekonać na własnej skórze.Kiedy to obrywałem pazurami. Tego kota bardziej opisują słowa: furia, szatan, diabeł, nadpobudliwiec, ale KAWAII?!
Dochodząc do wniosku Chanyeol doprowadzał mnie nie raz do stanu wyczerpania fizycznego jak i psychicznego, co świadczą mało widoczne już blizny na jednym policzku i dłoniach. Dostałem w policzek od kota...przeklęte stworzenie.
Wyszliśmy z budynku szkoły. Na parkingu nie było już żadnych samochodów, no nie licząc jednego, który zapewne należał do woźnego.
Przeszliśmy przez wielką, czarną bramę i weszliśmy na chodnik wykładany szarą kostką brukową.
- Becon chcesz gofra? - rudzielec wyszczerzył się pokazując tym samym rząd nienagannie prostych i białych zębów.
Spojrzałem na niego spode łba.
- Tyle razy mówiłem...Nie jestem BECON, jestem BAEKHYUN!! - wyprowadzony nieco z równowagi, wyraźnie zaakcentowałem.
Chłopak podniósł ręce w obronnym geście i poszedł do kawiarenki. Co oznaczało tylko jedno...muszę na niego zaczekać.
Usiadłem na krześle przed kawiarenką, na który padał wielki cień rzucany przez zielony parasol. Oparłem się łokciami o plastikowy stolik.
Nie powiem mimo, iż siedziałem w cieniu słońce dawało mi się we znaki. Tym bardziej, że siedziałem w koszuli z długimi rękawami, która była nieodłącznął częścią mundurku.
Po kilkunastu minutach Chanyeol raczył wyjść z budynku. Niósł dwa gofry, choć nie pamiętam, abym wtedy o niego prosił.
- Nie patrz tak na mnie! To, że nie mówiłeś nie znaczny, że nie chciałeś - usprawiedliwiał się.
Podał mi mojego gofra, po czym wziął gryza swojego.
Czasami naprawdę dobija mnie fakt, że ten psychol zna mnie, aż tak dobrze. Nawet za dobrze.
Ponownie zaczęliśmy iść w stronę swoich domów, tylko tym razem każdy jadł gofra.
Dom Park'a był po drodze do mojego.On mieszkał z rodzicami, a mnie moi wywalili natychmiast jak zostałem pełnoletni. Tym samym rzucili mnie na głęboką wodę, bym się usamodzielnił. Na początku zanim jeszcze znalazłem własny dach nad głową, mieszkałem u kolegi Luhan'a, chińczyka starszego ode mnie, który niedawno musiał z powrotem wrócić do swojego ojczystego kraju - Chin. Powiedział, że się jeszcze spotkamy, ale to już inna historia. Określmy to tak...niewielkie mieszkanie w centrum, praca w sklepie z komiksami oraz kot, to wyżyny mojej samodzielności.
Z zamyślenia wyrwał mnie Chanyeol, który umazał mi nos w bitej śmietanie. Zaczął się ryć jak głupi, a ja patrzyłem na niego z politowaniem.
I z takim kimś przyszło mi żyć. Za jakie grzechy? No co ja takiego zrobiłem w ciągu tych marnych 19 lat?
- Chanyeol - zacząłem ścierając śmietanę z nosa.
- Nie zabijaj!
Popatrzyłem na niego z miną "Are you fucking kidding me?".
- Chcę ci tylko uświadomić, że twój dom minęliśmy kilka metrów temu - mruknąłem.
- Ło Jezu!
- Wystarczy Baekhyun - prychnąłem.
- Dobra Baekkie do zobaczenia! - krzyknął i zniknął wraz ze swoim gofrem pośród tłumu.
I tyle widziałem rudzielca...moment, on nawet nie zareagował jak mu przerwałem. To dziad.
Wchodząc do mieszkania o mały włos nie zabiłem Kimi, która ni z tego, ni z owego pojawiła się pod moimi nogami. By zapobiec niepotrzebnej nikomu śmierci kota, sam wyrżnąłem pięknego orła na białych kafelkach.
Syknąłem z bólu przy podnoszeniu się. Zanim ten kot będzie wąchał kwiatki od spodu, to ja przez jego bezmyślne postępowanie wykorkuję. Kiedy to się stanie, ten KAWAII kurdupel będzie bezkarnie załatwiał się na mój grób, by zupełnie dopić biednego Bakusia!
Za dużo czasu z Chanyeol'em, już sam zaczynam zdrabniać swoje imię. Jeszcze dojdzie do tego, ze będę do niego mówił Yeollie. Tragedia...
Na samą myśl się wzdrygnąłem się z obrzydzenia. Podniosłem się z podłogi i ruszyłem do swojego pokoju.
Przebrałem się w luźniejsze ciuchy. W łazience wrzuciłem mundurek do prania
Przed wyjściem do pracy nasypałem jeszcze jeść bestii, wyszedłem z mieszkania i skierowałem się do sklepu z komiksami.
Autor: Lee Satori^^
