22.11.2013

"Po prostu się trzymaj.." ONE SHOT

Zespół: One Ok Rock
Paring: Taka x Toru
muzyka


***
    Spóźnia się. Godzinę. Jego niepunktualność powoli doprowadzi mnie do szału. Pewnie grzeje jeszcze dupę w mieszkaniu, a ja siedzę na tym cholernie zimnym murku jeszcze w taką beznadziejną pogodę. Obiecuję, tak oberwie, że przez tydzień nie będzie mógł się wysrać.
    Toru, mega zakompleksiony, wkurzający i ciapowaty 26-latek. Muzyk, czyli nikt go nie zrozumie, nawet ja. Ja, czyli jego cudowny chłopak. Przy najmniej on tak mówi. Uważam jednak inaczej. Jestem niczym rozwydrzona nastolatka. Zawsze mi coś nie pasuje, a to nie tak a to nie śmak. Toru musi mnie naprawdę kochać. Wytrzymuje moje wszystkie humory, pocieszy... A ja go leje przy pierwszej lepszej okazji. 
    Mój gniew nieco złagodniał. Wystarczy jeden obraz, wspomnienie tej ukochanej twarzy. Zaraz... Czy teraz on stoi przede mną? Taak... Gniew powrócił.
- No cześć kochanie, przeprasza...- nie zdążył dokończyć, ponieważ zasadziłem mu liścia w lewy policzek - Należało mi się - stwierdził.
- Ta twoja blond łepetyna nie ogarnia zegarka - krzyknąłem.
- Wiem, przepraszam - jęknął. - Musiałem jeszcze zostać na próbie, chłopacy nalegali.
- Foch - powiedziałem.
Wyraz twarzy blondwłosego diametralnie się zmienił. 
- Tylko nie foch - powiedział panicznie.
- Fooch - pokiwałem głową.
- No nie - czule pocałował mnie w czoło. - Wiem co na to poradzić.
Uśmiechnąłem się szyderczo:
- Prawy sierpowy w twoją twarz?
 Toru zrobił minę na wzór "O_O".
- Nie.
- Szkoda.
Toru zaśmiał się:
- Zabiorę cię w ciekawe miejsce.
Ciekawe miejsce według Toru znaczy niebezpieczne miejsce. Złapał mnie za rękę.
- Daleko to - zapytałem.
- Trochę.
Kurde. Nie to, że zmarzłem to jeszcze maszeruj! Nie ma!
    Wskoczyłem chłopakowi na barana. Przez chwilę się zachwiał:
- A co to ma być - zapytał.
- Sam się tak użądliłeś - prychnąłem.
Wtuliłem się bardziej w plecy chłopaka. Biło od niego takie przyjemne ciepło. Westchnąłem:
- No to idziemy księżniczko - zaśmiał się.
***
    Gdzie on mnie zaprowadził!? Jakieś odludzie, na środku ruina wielkiego budynku. Wiedziałem, teraz będzie chciał się na mnie zemścić. Szedłem już na własnych nogach i zastanawiałem się czy uciekać, czy zostać. Rozważałem jeszcze jedną dość brutalny plan ucieczki: dobicie Toru zanim on dobije mnie:
- To co? Zostawisz mnie tu na pożarcie dzikim zwierzętom, wrócisz do domu, rozkręcisz impre i będziesz śpiewać: "Niech żyje wolność! Wolność i ... - nagle poczułem coś miękkiego i ciepłego.
Toru wpił się w moje usta i objął w pasie. Zrobiło mi się dziwnie gorąco. Z resztą zawsze tak mam, gdy to robi. Po prostu za każdym razem nie mogę uwierzyć, że wybrał właśnie mnie. Był zawsze tym najpopularniejszym, najlepszym, ja kryłem się w cieniu, a on mnie zauważył. Gdyby nie on, nie wiem co bym zrobił. Tyle mu zawdzięczam, jednak nigdy nie mogę podziękować. Nie przejdzie mi to przez gardło. Może to przez mój charakter. Nie wiem sam. Na pewno wiem jedno. Cholernie go kocham. Nagle Toru powiedział:
- Co ci chodzi po tej małej główce co? - zaśmiał się. - Kocham cię, zrozum.
Pokiwałem głową nie będąc w stanie nic innego zrobić.
- A teraz chodź.
Złapał mnie za rękę i poprowadził w stronę starego budynku.
- Ej, co ty, c-co. Chcesz tam wejść?! - krzyknąłem.
 - Taki miałem plan, wejdziemy na sam dach - uśmiechnął się.
    Mnie wcale nie było od śmiechu! Nie to, że wejście do sypiącej się ruiny, to jeszcze spacer po jego dachu. Przyznam się. Mam okropny lęk wysokości i Toru dobrze o tym wie. Tak, chce mnie zabić.
- Nie, nie idę, zostaje. Ty możesz tam sobie podyndać jak takiś odważny - prychnąłem. 
Jedyne co usłyszałem to śmiech, a następnie poczułem uścisk w pasie.
 - Ty debilu puszczaj mnie!!!
- Tak, tak...
***
Szarpanina na nic się nie zdała. Toru pokonywał kolejne stopnie, aż puścił mnie na twarde podłoże. I mój koszmar się zaczął:
- Zdejmij mnie z tąd - krzyknąłem i jak najmocniej przyczepiłem się do chłopaka.
- Spokojnie - objął mnie. - Po prostu się trzymaj...
    Mój oddech uspokoił się. Chciałbym, aby ta chwila trwała wiecznie.
- Taka - szepnął.
- No?-powiedziałem nie podnosząc głowy.
- Spójrz w górę.
Zrobiłem jak kazał, a to co zobaczyłem ogromnie mnie zaskoczyło. Niebo było całe usiane małymi świecącymi punkcikami. Już nawet nie czułem tego na jakiej wysokości byłem. Liczyła się tylko ta chwila...
- Kocham cie, Taka...
- Ja ciebie też...


"Just give me a reason 
To keep my heart beating Don’t worry it’s safe right here in my arms As the world falls apart around us All we can do is hold on, hold on" 











Autor:Cho Shia



To ja króciutko... To opowiadanie pisałam niecałą godzine, lecz włożyłam w nie swoje serce i ma nadzieję, że wam się spodoba...
PS: Z muzyką owiele lepiej się czyta ;)


27.09.2013

Darkness Moon 0

Siedziałem na plastikowym krzesełku na balkonie. Księżyc w pełni świecił bardzo mocno rozświetlając okolice. Na ulicach nie jeździły już samochody. Nie było słychać nic tylko cichą melodię, którą sam grałem. Trzymałem gitarę w rękach i grałem melodię, która towarzyszyła mi odkąd byłem mały. Dźwięki gitary czy jakiegokolwiek instrumentu zawsze mnie uspokajały. Koiły moje zszargane nerwy zastępując je tak bardzo upragnioną ciszą i spokojem.Codzienne zmartwienia znikały, a ja w końcu czułem się wolny. Kiedy skończyłem grać i podniosłem się z siedzenia poczułem dziwny skurcz w żołądku. Następnie ogromny ból w klatce piersiowej zmusił mnie do ponownego zajęcia miejsca na krześle. Skurczyłem się z bólu próbując złapać powietrze. Na marne. Diametralnie zrobiło mi się jasno przed oczami. Owa biel była przerażająca, lecz nic nie mogłem z nią zrobić. Ucisk w klatce z każdą chwilą się nasilał. Czułem jakby coś wysadzało mi płuca od środka. Ni stąd ni zowąd ból zaczął zanikać. Chciałem wstać i wrócić do mieszkania, ale byłem zbyt obolały i roztrzęsiony. Zakręciło mi się w głowie i straciłem przytomność.
Teraz była tylko ciemność...

23.09.2013

"My love, my pet": Six

Spojrzałem na swoją zakrwawioną rękę i ślady po cięciu na nadgarstku.  Strużki szkarłatnej cieczy znajdowały koniec dopiero na białych kafelkach w łazience.
Około tygodnia temu Chanyeol poszedł na randkę z tym plastikiem. Teraz są już podejrzewam szczęśliwą parą.
Channie non stop opowiadał mi o tej blond pale. Jaka to ona cudowna, a jakie to ma poczucie humoru i wszystko najlepsze.
Szkoda tylko, że podczas tego tygodnia ani razu nie spytał co u mnie, bądź jak się czuję.
Podczas tych siedmiu cholernie długich dni coraz bardziej się w nim zakochiwałem, wspominając stare dobre czasy.
Wkurza mnie to, że zachowuje się jak jakaś rozpieszczona nastolatka. Gdybym mógł… gdybym mógł się pogodzić z tym, że ma dziewczynę.
Zaraz. Odpuściłbym przy każdej innej, ale nie takiej, po której od razu widać co chce zrobić.
Chan będzie cierpiał, a ja nie potrafię nic temu zaradzić. Czegokolwiek bym nie próbował, on zawsze będzie mnie zbywał. Zawsze kiedy próbuje mu to uświadomić słyszę tylko: „Baekhyun, daj spokój”.
To chyba boli w tym wszystkim najbardziej.
Kocham go, a on nie chce mi uwierzyć. Mnie, swojemu rzekomo najlepszemu przyjacielowi.
Podniosłem się ociężale z podłogi i podszedłem do umywalki. Opłukałem sobie twarz, a potem nadgarstek, który zaraz owinąłem bandażem.
Spojrzałem w lustro, widok mojej twarzy w takim stanie, wcale mnie nie zdziwił. Kilka nieprzespanych nocy, zero apetytu i ciągłe myślenie o tej jednej sprawie.
Podczas tego tygodnia Hana i Lay zdążyli wrócić do pracy. Kiedy tylko przekroczyli próg sklepu meldując się do roboty, ja oznajmiłem, że biorę sobie urlop. Dwutygodniowy. Minął już tydzień, przez który nudziłem się w czterech ścianach nie utrzymując z nikim kontaktów. Poszedłem do pokoju w końcu się w coś ubrać. Założyłem czarną bluzę z za długimi rękawami i do tego zwykłe dżinsowe rurki.
Skierowałem się do kuchni i nastawiłem wodę na herbatę. Tego dnia było wyjątkowo zimno jak na letnią porę. Słońce przykryte było przez deszczowe chmury i do tego wiał mocny wiatr. Zaraz pewnie się rozpada.
Dobrze, że nie muszę zamulać w pracy.
Usiadłem z gorącą herbatą przy stoliku w kuchni.
- Kimi! – krzyknąłem lekko zachrypniętym głosem.
Kot natychmiastowo znalazł się przy mojej nodze, a nawet wskoczył na kolana.
Nie przeczę ostatnio z Kimi dogadywałem się znaczenie lepiej. Jestem niemal pewny, że to tylko dlatego, że wyczuła mój marny charakter i robi to z czystej litości. Lepsze to, niż nic w gruncie rzeczy.
- Może to i tylko chwilowe, ale szczerze mogę przyznać, że stałaś się moją przyjaciółką. Prawda czasami mam ochotę cię udusić, ale ty pewnie masz te same odczucia patrząc na mnie – mruknąłem i wziąłem łyka herbaty.
Czy mi się wydawało czy Kimi kiwnęła twierdząco głową na moje słowa?
Baekhyun wariujesz.
♦♦♦
Po południu leżałem na kanapie z kotem u boku i oglądałem telewizję. Na dworze strasznie padało i co chwila zacinało sygnał.
Idiota wychodziłby w taką pogodę z domu.
Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Kimi niczym pies obronny znalazła się natychmiast pod drzwiami i miałem wrażenie, że miała ochotę szczeknąć.
Podniosłem się leniwie z kanapy poprawiając przy okazji sweter. Zasłoniłem mocniej lewy nadgarstek i poszedłem w stronę drzwi.
Otworzyłem je… no i mam idiotę, który wychodziłby w taką, a nie inną pogodę.
- Cześć Baekhyun!
- Zgłupiałeś do reszty Chanyeol! Chcesz być chory?! – wpuściłem go do środka.
Kot już dawno zwiał pod łóżko. Ostatnio tak jak ja nie przepadał za gośćmi.
- Tak reagujesz kiedy ktoś przychodzi w odwiedziny? – udał obrażonego.
- Zdejmuj kurtkę i wskakuj pod koc, a ja przyniosę kakao – rozkazałem.
Channie mruknął coś jeszcze pod nosem, że zachowuję się jak jego matka i usiadł na kanapie opatulając się w koc. Po tygodniu pokazał nareszcie, że żyje i przyszedł do mnie. Mimo to i tak za bardzo nie potrafię się na niego gniewać. Tym bardziej widząc go zmarzniętego, przemoczonego i całego trzęsącego się.
Kilkanaście minut później dołączyłem do chłopaka z dwoma kubkami gorącego napoju.
- Dzięki Baekkie – uśmiechnął się w podziękowaniu. – To co oglądamy?
- W tą pogodę raczej nic – spojrzałem przez okno. – A tak w ogóle co tu robisz?
Chłopak wziął łyka i chwilę się zastanowił.
- Po długim czasie niewidzenia cię postanowiłem cię odwiedzić i sprawdzić czy żyjesz i czy nie nudzisz się na urlopie.
- Mów prawdę. Kombinujesz – stwierdziłem patrząc na niego spod przymrużonych powiek.
Chłopakowi zrzedła mina, głośno westchnął i spuścił głowę.
- Baekkie, miałeś racje co do Sory…
Wiedziałem, że coś jest nie tak.
- Powiedziała mi w twarz, że mnie zdradziła z kimś znacznie bogatszym i jej się nie przydam.
Odłożyłem kubek na stolik i przytuliłem chłopaka najmocniej jak potrafiłem. Chanyeol oparł głowę o moje ramię i odwzajemnił uścisk.
- Yeol może cię to nie pocieszy, ale Sora musiała być wielką idiotką rezygnując z ciebie, bo lepszego chłopaka nigdzie nie znajdzie – szepnąłem głaszcząc go po wilgotnych od deszczu plecach.
♦♦♦
Nawet nie wiem kiedy zasnąłem, ale po obudzeniu było mi strasznie gorąco.
Spojrzałem do tyłu, a tam zobaczyłem śpiącego Yeol’a przytulającego się do moich pleców.
Chanyeol. Przytula. Mnie.
GORĄCO!
Straciłem równowagę i spadłem jak długi na dywan koło kanapy.
- Co się stało! – przerażony krzyk Chanyeola podejrzewam, że obudził nawet moich sąsiadów. – Becon czemu leżysz na ziemi.
- A no wiesz. Tak tylko. Dla zabawy spadłem – machnąłem ręką na niego.
Zaraz jednak chłopak postawił mnie na nogi.
- Nic ci nie jest? Ile pokazuje palców?
- Channie, nie spadłem z jakiejś wielkiej wysokości. To tylko kanapa.
- Channie! – zaczął skakać ze szczęścia. – To ty jednak masz serce!
Serio? Czy ja zachowuje się w stosunku do niego jakbym nie miał serca?! Dla niego chyba jestem najmilszy.
- Choć zjemy śniadanie! – wyszczerzył się i pociągnął mnie za nadgarstek.
Cicho syknąłem z bólu.
Chanyeol spojrzał na mnie zdziwiony. Już chciałem zabrać swoją rękę, ale on zdążył wzmocnić uścisk i podwinąć mi bluzę.
- Baekhyun co to jest? – spojrzał na mnie poważnie.
- Nieważne – mruknąłem i wbiłem wzrok w podłogę.
- Baekhyun! – krzyknął.
Spojrzałem na niego wystraszony. Nigdy na mnie nie krzyczał.
- Nie twój interes.
- Jesteś moim przyjacielem, więc jest to też mój interes!
- Nagle sobie przypomniałeś, że masz przyjaciela… Nieważne, zostawmy tą sprawę w spokoju i chodźmy na śniadanie.
- NIE! Nie dam ci spokoju dopóki mi tego nie wyjaśnisz i się nie usprawiedliwisz! Cięcie się to jest czysta głupota, po co ci to?! – nie dawał za wygraną.
- Szczerze? Przyszedłeś do mnie tylko, dlatego że dziewczyna cię zostawiła! Gdyby nie to dalej miałbyś mnie w dupie, zapomniałbyś w ogóle o moim istnieniu!
- Przestań…
-  Nie pomyślałeś o tym, by do mnie zadzwonić, spotkać się czy coś!
Chłopak patrzył na mnie zdziwiony nadal trzymając mój nadgarstek. Wyrwałem się z jego uścisku, gdyż ręka zaczynała mi już powili drętwieć.
- Ty jako mój przyjaciel, bo tak się nazywasz powinieneś choć trochę być ciekawy co się u mnie dzieje. Znasz mnie, wiesz że nigdy nie kłamię, więc czemu tym bardziej miałbym okłamać ciebie w sprawie Sory?  Miałeś gdzieś to co o niej mówię. Ignorowałeś mnie, a potem jak Hana i Lay wrócili do pracy nawet nie zadzwoniłeś jak zazwyczaj.
Przez niecały miesiąc cały czas musiałem non stop słuchać o dziewczynie, która może skrzywdzić mojego najlepszego przyjaciela lub co więcej osobę, którą kocham!
Jakby ręką odjął straciłem ten okropny ciężar, który siedział we mnie. Wszystko co miałem w sobie właśnie wykrzyczałem mu w twarz i jest mi luźniej. Zanim się obejrzałem po moich policzkach zaczęły lecieć łzy.
- Baekhyun…
- Daruj sobie.
- Ale…
- Wynoś się z mojego domu! – krzyknąłem i wskazałem na korytarz.
Chłopak ze smutkiem i poczuciem winy malowanym na twarzy poszedł w kierunku drzwi. Usłyszałem jeszcze tylko ciche, ale pełne bólu „przepraszam” i trzask zamykanych drzwi.
Przez nasilający się płacz z trudem mogłem złapać powietrze. Łzy spływały po moich bladych policzkach i wsiąkały zaraz w kołnierz bluzy.
Nie chciałem go tak potraktować. Wszystko co we mnie siedziało… tak po prostu.
Kimi stanęła obok mnie i przytuliła się do mojej nogi.
- Jestem idiotą. Mogłem powiedzieć mu to delikatniej, albo nie wywalać go od razu z domu.


Autor: Lee Satori - Chwila prawdy. Jeszcze tylko rozdział + epilog T^T

6.09.2013

"My love, my pet": Five

Co mnie podkusiło, by zgadzać się na tę durnowatą propozycję Chanyeola?
Teraz muszę w drodze do pracy wysłuchiwać co u niego się działo gdy nie utrzymywaliśmy kontaktów. Jakby do mnie dzwonił codziennie to miał bym to jako tako podzielone na dnia, a nie jeb, wszystkie jego historie jednego dnia. Nawet lepiej, bo odnoszę wrażenie, że chce to wszystko mi przekazać w ciągu tych kilku minut między mieszkaniem, a budynkiem pracy.
Mógł zadzwonić przeprosić i moje uszy, by nie więdły od nieustającej paplaniny od strony wielkoluda. Choć czemu ja nie zadzwoniłem i nie przeprosiłem? Może jestem za bardzo przyzwyczajony do tego, że on to zazwyczaj robił? Bądź jestem takim stworzeniem, który nie widzi winy w sobie i o wszystko obwinia innych…nie wiem jak Channie może ze mną wytrzymywać. STOP! Czekaj? Co!
Jaki Channie, nie na pewno tak nie pomyślałem. Nie to nie może być to. Pewnie było Chanyeol tylko coś mi się porypało i myślę, że było inaczej.
Spojrzałem na profil wielkoluda, któremu buzia się nie zamykała. Cały czas na jego twarzy gościł delikatny uśmieszek.
Dobra, poddaję się! Powiedziałem Channie, choć sam kurde nie mogę w to uwierzyć. Dziczeje?
Nie na to musi być inne racjonalne wyjaśnienie.
- Baekhyun!
- Hę? – odparłem nieinteligentnie.
- Co ty tak bujasz w obłokach? Zakochałeś się – bardziej stwierdził, niż spytał.
Szczerze nie wiedziałem jak zareagować.
- Niee mów, o ja… Byun Baekhyun się zakochał! – zaszczebiotał jak trzynastoletnia dziewczynka.
A co najgorsze jest w tym wszystkim? Że zakochałem się w nim!
Mogłem wybrać jakąkolwiek osobę chodzącą ulicach Seulu. Osobę jakąkolwiek chodzącą po ŚWIECIE! Nie, bo ja zamiast wybrać sobie uroczą, długowłosą dziewczynę wybrałem sobie Park Chanyeola z wiecznie głupim wyszczerzem i równie głupimi pomysłami.
Ma człowiek gust, co nie?
Zanim się obejrzałem znaleźliśmy się już w budynku ze sklepem z komiksami.
- To ja pójdę na zaplecze, tylko wyjaśnij co? Gdzie? I jak?- i znów ten przeklęty uśmiech.
Trzyma mnie ktoś, bo zemdleje. Już nogi odmawiają mi posłuszeństwa, a to dopiero pierwszy dzień z Happy Virusem .
Poszedłem z chłopakiem na zaplecze i tak jak prosił wyjaśniłem o co biega w tych kartonach i co ma mniej więcej robić.
Zostawiłem go z problemami i zająłem się własnymi za ladą.
♦♦♦
Siedziałem jak zwykle na swoimi miejscu i obsługiwałem klientów, nawet tych najbardziej marudnych, których czasem miałem ochotę udusić własnymi rękoma.
Nagle jak coś nie huknęło. NIE! Czyżby powtarzała się historia z Haną! Ostatnia osoba pomagająca mi jakoś w tym bagnie komiksów ma sobie cos zrobić na zapleczu… o nie, tym bardziej, że to Chanyeol.
- Nic mi nie jest Baekhyun! Nic, a nic! – usłyszałem pogodny, ale lekko zdyszany głos Yeol’a.
Kamień z serca. Nie zabił się.
Pożegnałem się z klientem i rzuciłem się natychmiast do pomieszczenia, w którym przebywał Channie.
-Nic…
Jak tylko przekroczyłem próg pierwsze co rzuciło mi się w oczy to Chan, ledwo co powstrzymujący ciężki karton z komiksami przed upadkiem.
- Czemu nie wołasz, że pomocy potrzebujesz! – oburzony jak najszybciej do niego podbiegłem i razem poradziliśmy sobie z tym utrapieniem, że tak to powiem.
- Nie chciałem ci zawracać głowy. Poza tym myślałem, że sam sobie poradzę.
Wybuchnę. Debil naraża się, bo nie chciał mi przeszkadzać. A co jakby coś my się stało czy coś. Nie darowałbym sobie jakby zrobił sobie krzywdę. Miałem ochotę go tak ochrzanić, że jest bezmyślnym idiotą i patafianem, ale zarazem nie chciałem wszczynać zbędnej kłótni.
Dziś rano dopiero się pogodziliśmy, więc niech lepiej zostanie tak jak jest, a to co myślę przemilczę. No dobra nie przemilczę, ale nie krzyknę.
- A co jak by ci się coś stało? – a nich się trudzi z odpowiedzią.
- Wtedy, byś mnie ratował i wzywał pogotowie – wyszczerzył się.
Myślałem, że będzie się trudził. Nadzieja matką głupich, w tym mnie. Czy ja jestem taki przewidywalny?
- Nieważne – mruknąłem. – Możesz sobie zrobić przerwę , nie musisz non stop pracować.
- A ile czasu ja już tu siedzę?
Spojrzałem na zegarek.
- Tak jakieś 5 godziny – mruknąłem.
- Jakiem cudem?!
W pracy czas oczywiście mija szybciej, niż na nudzeniu się.
- W takim razie robię sobie przerwę i będę ci towarzyszył  – poruszył śmiesznie brwiami.
- Niech będzie – machnąłem na niego rękę i wyszedłem z zaplecza.
Usiadłem na swoim standardowym miejscu i obserwowałem jak Chanyeol kręci się po całym sklepie, aż w końcu postanawia zasiąść obok mnie.
Westchnąłem i czekałem na jakiekolwiek klienta.
- Idę do łazienki, dasz sobie radę jakby coś? – spytałem chłopaka podnosząc się z krzesła.
- Postaram się – kiwnął głową.
~ ♦ ~
Wyszedłem z łazienki i pierwsze co zrobiłem to spotkałem się z podłogą. Dosłownie, a przez kogo? Jak zwykle przez Park Chanyeola.
- Co się stało, że mnie atakujesz?! – spojrzałem przerażony na twarz Yeol’a, który z resztą ciągle na mnie leżał.
- Nie zgadniesz!
- To mi powiedz skoro wiesz, że nie zgadnę!
Odchrząknął i podniósł się z mojego biednego, zgniecionego, staranowanego ciałka.
- Mam randkę! – zaczął skakać jakby miał wiewiórki w spodniach.
- Z kim? – spytałem podejrzliwie, mierząc go wzrokiem od góry do dołu.
- Pamiętasz tą blondynkę, Sorę, co nie chciałeś mi pomóc?
Nie! NIE! STANOWCZE NIE!
Patrzyłem się szeroko otwartymi oczami na chłopaka przede mną. Wryło mnie w ziemie. Czułem się jakby coś przybiło mnie do tych kafelek i żaden łom, by mnie nie wydostał.
Wszystko tylko nie ta blondynka. Każda informacja byłaby lepsza od tej. Znacznie lepsza!
Baekhyun przesadzasz.
- Becon – zamachał mi rękę przed twarzą.
- Hę…Na długo się wyłączyłem?
- Zależy. Wracając do tematu, mam dziś randkę! – zaśmiał się.
Chyba mam migrenę. Potrzebuję wody i tabletek. Coś tak nagle duszno się zrobiło i trochę mi słabo.
Przytrzymałem się lady i jakoś doczłapałem do krzesełka.
- Nie cieszysz się!
Przełknąłem ślinę i kiwnąłem twierdząco głową nadal w lekkim osłupieniu i z bólem głowy.
- O której masz tą randkę – ostatnie zdanie ledwo co przeszło mi przez gardło, w którym czułem teraz okropną gule.
Tak może przesadzam. Ale nie codziennie osoba, która mi się podoba (o czym dowiedziałem się całkiem niedawno) może spaprać sobie życie z kimś innym. Wszystkie najczarniejsze scenariusze, możliwe z tą kobietą tliły mi się w głowie i za żadne skarby nie mogłem się ich pozbyć. Więc mam prawo tak a nie inaczej to przeżywać.
- O 20:00 – odpowiedział.
- Jest szesnasta, więc możesz już iść. No wiesz szykować się i w ogóle – mruknąłem z wymuszonym uśmiechem.
- Serio?! Dziękuję! – rzucił się na mnie i zaczął przytulać.
- Chan ja cię tu nie trzymam, w każdej chwili możesz wyjść – stwierdziłem.
Chłopak oderwał się ode mnie, jeszcze raz podziękował i wyszedł, zos
tawiając mnie samego z myślami… znowu.

24.07.2013

"My love, my pet": Four

Szczerze? Chciałbym się obudzić i mieć taką pewność, że nie muszę się ze wszystkim śpieszyć i do pracy mam dopiero na 16:00. Biorąc pod uwagę to co działo się w ostatnich dniach to mogę sobie jedynie pomarzyć. Tym bardziej, że w lodówce świeci pustkami i miałem nie mały problem wczoraj z wymyślaniem tego co zjeść na kolacje. Ogólnie doszedłem do wniosku, iż podaruję sobie ostatni posiłek w dniu.
Zważając na pustą lodówkę (dosłownie) w ten słoneczny dzionek, musiałem obudzić się znacznie wcześniej, by wyrobić się na czas.
Najpierw zakupy, potem odstawienie ich do domu a następnie praca. Skaczę z radości.
Podniosłem się z ciepłego łóżka, podszedłem do szafy. Chwyciłem za drewniane rączki i otworzyłem mebel.
Co w niej zobaczyłem… pustki. W kącie złożona jakaś bluza, obok niej białe rurki a na wieszakach widniały jedynie garnitur, kilka koszul i kurtki. Trzeba będzie zrobić pranie. Wyjąłem bluzę i po chwili skapnąłem się, że należy ona do Chanyeol’a. Kiedyś zapomniałem mu jej oddać i jak widać nie zrobiłem tego do dzisiaj. Chociaż wyprana nadal pachniała jego charakterystycznymi perfumami. Może Yeol jest jaki jest, ale perfumy ma zajebiste. Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po spodnie. Moje nogi same poprowadziły mnie do łazienki.
Po wykonaniu wszystkich czynności, poszedłem do kuchni skąd zaraz wyszedłem, bo śniadania spodziewać się nie mogłem.
Rozejrzałem się po mieszkaniu, ale nigdzie nie zauważyłem Kimi. Gdzie ten potwór kociego pokroju mógłby się schować? Nagle usłyszałem jedno głośne jeb  o podłogę, koci wkurzony jęk i szorowanie pazurów o panele. Kot jak wystrzelony z procy przebiegł z salonu do mojego pokoju co chwila ślizgając się i nie wyrabiając na zakrętach.
Moja mina przypominała lekkie zdziwienie i zażenowanie.
- Po kimś ty taki głupi, bo nie mam pojęcia.
Tak, owszem Kimi była zabójczym kotem, chcącym się w jakiś sposób na mnie zemścić, lecz jeżeli przychodziło co do czego i dostawała tak zwanych „swoich” dni zachowywała się jak totalny głupol i idiota.
Chwyciłem reklamówki na zakupy i wyszedłem z domu. Zamknąłem drzwi i ruszyłem na zewnątrz.
Rześkie powietrze buchnęło mi w twarz a lekkie słońce nieco oślepiło. Było ciepło, wręcz gorąco a ja ubrany w bluzę i długie spodnie maszerowałem przez zapełnione już ulice.
Najbliższy sklep był pół metra za szkołą. Taaak poranny spacerek.
Muszę przyznać, że moja kondycja nie jest jakaś powalająca. W szkole zazwyczaj unikałem zajęć z wychowania fizycznego czy coś. Największe dystanse jakie pokonywałem to te do szkoły, pracy czy no właśnie sklepu.
Nic na to nie poradzę. Nigdy nie ciągnęło mnie do ćwiczeń, gier w kosza, nogę, siatkę i tym podobne.
Zanim się obejrzałem mijałem już szkolną bramę, którą wraz z Chanyeol’em wychodziłem w dzień zakończenia roku. Mam dziwną ochotę na gofra tak jak wtedy.
                                                                       ♦♦♦
Mijali mnie ludzie, na ulicy przejeżdżały samochody, ja natomiast jak najszybciej chciałem zrobić te przeklęte zakupy i znaleźć się w jakimś klimatyzowanym jako tako pomieszczeniu… z gofrem. Nie ważne czy to praca, czy też dom, ale potrzebuję klimatyzacji. Tak owej niestety w sklepie, do którego zmierzam nie ma.
Po kilkunastu minutach spacer się skończył a ja zmęczony stałem przed sklepem. Wszedłem do budynku i chwyciłem koszyk. Kierunek regały z karmą dla zwierząt, jak nie kupię Kimi jedzenia mogę pożegnać się z życiem.
Po kilku okrążeniach wszystkich półek w sklepie mój koszyk stopniowo został zapełniony. Stałem teraz w dziale z kosmetykami, perfumami i innymi takimi. Przechodziłem największy dylemat jakikolwiek miałem w życiu… jaki eyeliner wybrać?!
Jedna wielka półka i kilkadziesiąt produktów. Eyelinery wszędzie, mój raj na ziemi!
Miałem jednak wrażenie, że osoba stojąca obok cały czas patrzy się na mnie, głównie to na ręce, ale to przecież moje ręce.
Podniosłem wzrok na osobę obok i kompletnie mnie zatkało.
Chanyeol.
- Czyżby moja bluza? – mruknął odwracając wzrok na regał z perfumami, przed którym stał.
Kiwnąłem delikatnie głową z powrotem wracając do wybierania odpowiedniego kosmetyku.
- I co? – spytałem po pewnym czasie.
Spojrzał na mnie nie wiedząc za bardzo o co mi chodzi.
- Poznałeś swoją „wybrankę” serca? – sprostowałem.
Chłopak zawahał się, lecz cicho odpowiedział.
- Tak. Ma na imię Sora. Jest bardzo sympatyczna, zabawna, no i miła.
Upuściłem niewielki eyeliner na sklepowe kafelki.
- Ah… - mruknąłem czując ogromne kłucie w sercu.
Dlaczego? Sam nie wiem. Może boli mnie fakt jak ten idiota zniszczy sobie życie.
Podniosłem przedmiot z podłogi, po czym wrzuciłem go do koszyka.
- Fajnie. Życzę więc dalszych sukcesów – te słowa ledwo co przeszły mi przez gardo, w których czułem jakby ogromną gulę.
Kłucie nie zniknęło, wręcz nabrało na sile.
Odwróciłem się plecami do chłopaka chciałem już odejść, lecz jego głos mnie zatrzymał.
- Baekhyun!
Odwróciłem się w jego stronę mając nadzieję, że się rozmyśli i nic nie powie, bym mógł wrócić już do domu i zapomnieć o tym całym spotkaniu.
- Baekhyunnie… przepraszam za moje zachowanie, wtedy w sklepie. Poniosło mnie, chciałem twojej pomocy, bo jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Tak Park Chanyeol rób mi jeszcze większe wyrzuty sumienia.
- Yeol chciałbym porozmawiać, ale śpieszę się do pracy. Na razie! – ruszyłem do kas.
- Ale między nami wszystko okej? Czekaj przecież ty masz do pracy na 16:00  – krzyknął i po chwili szedł ze mną ramię w ramię.
- Ostatnio wszystko się pokomplikowało i muszę pracować za wszystkich – mruknąłem.
- Baekkie?
Fuck!
- Co byś powiedział jakbym zaoferował ci pomoc w sklepie? – spojrzał na mnie.
- Co chcesz w zamian?
Prawda. Przydałaby mi się jakaś pomoc, ale jeśli będę musiał non stop słuchać o tej dziewczynie, to ja dziękuję. Jeszcze kilka dni mnie nie zbawi.
- Nic. Ty będziesz za kasą, a ja będę porządkował na zapleczu.
- Ehh, niech ci będzie.
- Tak! – Chanyeol zaczął skakać z radości.
Wszyscy ludzie odwrócili wzrok w naszym kierunku.
Złapałem chłopaka za ramię i skarciłem wzrokiem.
- Uj.
Przewróciłem oczami i ruszyłem do kasy.
Po zapłaceniu za zakupy Chanyeol kazał mi jeszcze poczekać na siebie. Powiedział też, że odniesie zakupy do domu i będzie mógł nawet zacząć od dziś.

W co ja się wpakowałem.
Autor: Lee Satori - za błędy czy jakiekolwiek pogmatwane zdania przepraszam T^T

14.07.2013

"My love, my pet": Three

Z wielkim bólem głowy podniosłem się z cieplutkiego, wygodnego łóżka.
Noc nieprzespana to inaczej wkurzony Baekhyun. Po co ja całą noc myślałem jak z powrotem udobruchać Chanyeol'a nie wiem. Tak samo solidnie nie mam pojęcia, dlaczego męczą mnie wyrzuty sumienia.
Yeol męczy mnie, ja Hanę, Hana Lay'a on natomiast mojego kota, a ta bestia tak samo jak jej znalazca mnie. Wszyscy męczcie biednego Bakusia, a co tam.
Jestem dręczony przez kota...jak to dziwnie brzmi.
Po drodze do łazienki chwyciłem rurki i jakiś T-shirt.
- Miau! - usłyszałem za plecami.
Odwróciłem się do kota z chęcią mordu w oczach.
- Czego?
Jeszcze raz mruknął i zniknął  w salonie.
- Mam nawiedzonego kota.
W łazience zamknąłem za sobą drzwi, tak na wszelki wypadek jakby Kimi chciała mi coś zrobić...nożem.
Kilka minut później ubrany, wypucowany oraz zwarty do pracy, zawlokłem się do kuchni. Kot siedział na blacie i bawił się szufladą, w której trzymałem...o zgrozo noże!
Z piskiem podbiegłem do niej i zwaliłem z blatu potwora.Chwyciłem miotłę i zacząłem nią wypędzać bestie z czarnego grodu - śmietnika.
Po wygonieniu Kimi zrobiłem sobie chrupki z mlekiem i na stojąco w pośpiechu zabrałem się za jedzenie. Kilka chwil potem pustą miskę "wrzuciłem" do zlewu i wybiegłem z domu prosto do pracy. Na początek wakacji same dobre wiadomości. Nic tylko szczerzyć się jak głupi do sera ze swojego przeogromnego "szczęścia".
Lay pracował zazwyczaj od 08:00 do 12:00, kolejno była Hana do 16:00 a następnie ja do 20:00. Tak się wymienialiśmy, teraz to haruję jak wół od rana do wieczora. Zero wsparcia.

♦♦♦
W sklepie jak przez mgłę wykonywałem wszystkie czynności. Cały czas moją głowę zawracały myśli z Chanyeol'em w roli głównej. Co on teraz robi? Zazwyczaj kiedy się kłóciliśmy, bądź lekko sprzeczaliśmy dzwonił wieczorem. No najpóźniej następnego dnia rano. Może tym razem przesadziłem? Powinienem pomóc mu z tą dziewczyną. On tyle razy pomagał mi...tsa tylko te moje problemy były głównie z jego powodu. Sam mnie w coś w robił a potem nic dziwnego, że pomagał. Musiał.
NIE! Dobrze, że mu nie pomogłem, z drugiej strony jakby sam się przejechał na tym złym wyborze to zrozumiałby, że to była jedna wielka pomyłka. Choć jakby ona mu nie podpadła albo on wielce zaślepiony jej "pięknem" nie zauważył tego to zanim bym się obejrzał braliby ślub, bo ona złapała go na dziecko w dodatku nie jego. Nawet nie dostałbym zaproszenie na to wesele.
Jak już ten wielkolud nie chce mnie znać, to niech przynajmniej zabierze tego kota mi z domu.
- Hejo Baekhyun!
Ocknąłem się z zamyślania i spojrzałem na osobę zbliżającą się.
-Zbawicielu! - krzyknąłem i niemal wyskoczyłem zza lady.
- Co?!
- Laaaay! Wracaj do roboty! Ja się wykończę!
Chłopak jak zwykle późny zapłon.
- Ale co?
- Hana skręciła, więc muszę pracować za wszystkich.
- Niestety Hyunnie, mam jeszcze tydzień wolnego a już powiedziałem rodzicom, że ich odwiedzę.
CZEMU TEN ŚWIAT MNIE TAK NIE LUBI?!
- No wiesz jakbym mógł to wróciłbym, ale sam wiesz jacy są moi rodzice - sprostował widząc moją minę.
Zostaje mi tylko wytrwać jakoś ten tydzień i modlić się, by nic gorszego nie miało miejsca.
Lay został jeszcze chwilę. Nie było klientów, więc mogliśmy spokojnie porozmawiać. Zamówiliśmy pizzę i zjedliśmy ją na zapleczu. Opowiedziałem mu o sprzeczce z Chanyeol'em. Unicorn stwierdził, że w sumie to dobrze, że nie chciałem maczać w tym palców i jeżeli temu wielkoludowi zależy to da sobie radę. Może w ciągu tego tygodnia nie będzie tak źle? Biorąc pod uwagę te zero ludzi na sklepie. Ta Baekhyun pocieszaj się, jutro pewnie będą urodziny jakiegoś bachora i cała ludność wkroczy tu za solenizantem niosącym w ręku kupon, obniżający cenę o połowę każdego komiksu. Ja powiadam tak będzie.
Po godzinie siedzenia z moją osobą Lay wrócił do domu, a ja patrząc na zegarek byłem nawet mile zaskoczony godzina 20:00. Pora wracać do domu i znów zmagać się z bestią. Aż mnie psychika boli.
Zamknąłem sklep i jasnymi ulicami wróciłem do mieszkania.

10.06.2013

"My love my pet" : Two

W sklepie nie było dużo klientów. Od czasu do czasu przychodził ktoś komu ciągle musiałem doradzać. Po prostu nie wiedział po co przyszedł. Mały ruch to pojęcie względne. Czasem w ciągu pięciu minut potrafi stworzyć się nie mała kolejka. Znudzony obserwowałem klientów.
Nagle drzwi się otworzyły.a do sklepu weszła dziewczyna...chyba. Włosy długie, jasne zapewne doczepiane sięgały jej do pasa. Oczojebny stanik, który było widać przez nie lepszą, rażącą bluzkę. Krótka dżinsowa spódniczka. Podkolanówki z kokardkami. I o zgrozo równie oczojebne tenisówki...różowe. W skrócie mówiąc do sklepu wtargnęła żarówka z nie mała tapetą. Podeszła do lady i położyła palec na mojej klatce. Jechała nim coraz niżej, aż dotarła do brzucha. Strąciłem jej rękę i wróciłem do rozkładania nowy komiksów na półki. Niestety  ta poczwara się mnie uczepiła i chodziła mi non stop za plecami. Cały czas wzdychała, coś szeptała, a ja przez tą bestię miałem mdłości.
- Jak się nazywasz?  - mruknęła mi do ucha.
Zajebiście. Nie dość, że nachalna to jeszcze pustak nie potrafiący czytać.
- Baekhyun - prychnąłem i wróciłem za ladę.
Dziewczyna podbiegła i oparła się o nią. Ponownie zaczęła jeździć palcem po klatce. Jej hobby czy co?
Przysięgam spalę ją żywcem. Uśmiechnąłem się na tę myśl po nosem.
Mimo mojej niechęci do niej i odczuć mordu, które jakoś nie chciały znikać, lecz mogę żec iż wzrastał z każdym momentem postanowiłem...nie chętnie ignorować ją.
Neon prychnął coś pod nosem i zarzucając swoimi doczepionymi kłakami do tyłu, wyszła ze sklepu.
Jaki foch.
Spojrzałem na zegarek. Jeszcze tylko dwie godziny.
Nagle drzwi się otworzyły, a do środka jak burza, tym razem wbiegł zdyszany Chanyeol. Wyciągnął mnie biednego zza lady i zaczął przytulać.
- O co chodzi? - próbowałem wydostać się z jego żelaznego uścisku.
Niestety bez efektów.
- Nie uwierzysz! - krzyknął i łapiąc za ramiona odsunął się ode mnie.
Miał oczy jak pięć złotych, wyszczerz na pół twarzy, a ja wielki nie ogar.
- Co się stało?! - krzyknąłem znowu.
- Znalazłem miłość swojego życia!
Moje oczy ze zdziwienia stały się jeszcze większe.
- Że kogo niby?!
- Widziałeś tą blondynkę?
- O kuwa - mruknąłem pod nosem mając nadzieję, że mnie nie usłyszał
- To ona - uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Natomiast ja nie rozumiałem jak komuś może się podobać taka lafirynda. Żadnemu normalnemu, ale to przecież jest Chayeol, on lubi takie wybryki natury. Świat jest niezrozumiały. Co tu robić? Co tu robić?
- Becon!
Po mnie.
- Pomóż mi ją zdobyć! - stanął przede mną z psimi oczami.
- Nie.
- Ale czemu?!
- Dla twojego dobra palancie. Taka dziewoja nie wygląda na kogoś, a ja wiem...wiernego? Który nie myśli tylko o wyglądzie i pieniądzach - mruknąłem  wróciłem do obsługiwania klientów.
Nie ma człowieka chwilę,a kolejka długa jak cholera.
- No Baekhyun!
- Nie teraz, mam dużo pracy - prychnąłem.
 - Ja ci tyle razy pomagałem, coś mi się należy! - podbiegł do lady.
- Nie będę ci pomagał z tym czymś. Robię to dla twojego dobra! - mówiłem już lekko podniesionym głosem.
Chłopak popatrzył na mnie z niemałym zdziwieniem oraz lekko mieszanymi uczuciami. Coś pomiędzy wyrzuceniem jego ulubionej czapki,a zabiciem mu domu deskami.
- Wiesz ty co?
Po raz kolejny tego dnia dla ocalenia własnych czterech liter wolałem ignorować zagrożenie.
- Pomagałem ci niezależnie od sytuacji. Nawet jak miałem złe przeczucia lub wolałem żebyś czegoś nie robił, ale mimo wszystko byłem przy tobie. Ty natomiast nie chcesz pomóc mi nawet przy dziewczynie - usłyszałem jego głęboki, pełen wyrzutów głos.
Następnie kroki i głośnie trzaśnięcie drzwiami.
Ile jeszcze nieszczęść przydarzy mi się tego dnia...
- Aaaa! Ło kuźwa! - usłyszałem krzyk na zapleczu.
- Przepraszam pana na chwilę, zaraz wrócę - mruknąłem i ruszyłem jak najszybciej w stronę krzyku.
Na miejscu zauważyłem Hanę leżącą na podłodze, a wokół niej stertę...komiksów? Podbiegłem do koleżanki z pracy próbując przy okazji przywrócić ją do stanu używalności.
- Czy ja widzę jednorożce? - mruknęła nie kontaktując i złapała się za głowę.
- Gorzej niż myślałam... - szepnąłem, po czym dodałem głośniej, by tym razem usłyszała - Lay wziął urlop! A teraz wstawaj!
Hana popatrzyła się na mnie jak na psychopatę.
- Baekhyun...napierdziela mnie kostka i głowa jednocześnie,a ty mi mówisz wstawaj.
Uj racja, brak wyczucia.
♦♦♦
Po zamknięciu sklepu, trochę wcześniej niż zazwyczaj, pojechałem z brunetką, taksówką do szpitala. Z tamtąd okazało się, że dziewczyna ma skręconą kostkę. Co z tym idzie ma zwolnienie z pracy, a ja muszę harować dwie osoby dodatkowo. Lay zawsze bierze ten urlop w nieodpowiednich momentach. A podobno tylko piątek trzynastego jest pechowy.
Zmęczony pomogłem połamanej wejść do taksówki...znowu, a sam doginałem do domu piechotą. Jakby mnie kto teraz napadł było by już zupełnie świetnie.
Mając w głowie stertę pesymistycznych myśli wróciłem dumny z siebie do mieszkania.

Autor: Lee Satori ^^

12.05.2013

"My love my pet": One

Szedłem przez puste korytarze, do ogromnych drzwi wejściowych.
- Baekhyun!
Usłyszałem swoje imię i poczułem ciężar na swoich zacnych barkach.
- Kurde. Chanyeol lekki nie jesteś! - próbowałem strącić ręce chłopaka z ramion, na których opierał się całym ciężarem.
- Przesadzasz.
Zdjął swoje olbrzymie łapy i szedł teraz ze mną ramię w ramię.
Park Chanyeol. Mój przyjaciel od dzieciństwa. Nie wiem, po prostu nie mam zielonego pojęcia jak ja z nim tyle lat wytrzymałem.
Wiecznie uśmiechnięty, radosny. Happy Virus normalnie. Jest o kilka miesięcy młodszy ode mnie. Ja rozumiem, żeby tak zachowywał się Sehun czy Kai, ale on. Mamy po 19 lat, a oni Jongin i Sehun po 17.
A Chanyeol ma najwięcej energii z nas wszystkich razem wziętych.
Czasami mam go naprawdę dosyć. Wtedy jak wrobił mnie w napisanie referatu na przyrodę kiedy byłem chory i jakoś mnie o tym nie poinformował. Lub kiedy znalazł kota na ulicy i wcisnął go mi tłumacząc się tym, iż jego ojciec ma uczulenie na sierść.Więc gdyby zobaczyliby tego słodzika, zabiliby go na miejscu...Chanyeol'a nie kota.
Do dziś kot jest pod moją, dość ciężką opieką. Nazywa się Kimi.
Park wybrał jej te, według niego kawaii imię. Nie wiem dlaczego. Żadnych powiązań...ni to w jej wygląd, gdyż była czarna. Zapewne tym bardziej nie w charakter, bo Kimi tym bardziej słodka nie była. Zdołałem się o tym przekonać na własnej skórze.Kiedy to obrywałem pazurami. Tego kota bardziej opisują słowa: furia, szatan, diabeł, nadpobudliwiec, ale KAWAII?!
Dochodząc do wniosku Chanyeol doprowadzał mnie nie raz do stanu wyczerpania fizycznego jak i psychicznego, co świadczą mało widoczne już blizny na jednym policzku i dłoniach. Dostałem w policzek od kota...przeklęte stworzenie.
Wyszliśmy z budynku szkoły. Na parkingu nie było już żadnych samochodów, no nie licząc jednego, który zapewne należał do woźnego.
Przeszliśmy przez wielką, czarną bramę i weszliśmy na chodnik wykładany szarą kostką brukową.
- Becon chcesz gofra? - rudzielec wyszczerzył się pokazując tym samym rząd nienagannie prostych i białych zębów.
Spojrzałem na niego spode łba.
- Tyle razy mówiłem...Nie jestem BECON, jestem BAEKHYUN!! - wyprowadzony nieco z równowagi, wyraźnie zaakcentowałem.
Chłopak podniósł ręce w obronnym geście i poszedł do kawiarenki. Co oznaczało tylko jedno...muszę na niego zaczekać.
Usiadłem na krześle przed kawiarenką, na który padał wielki cień rzucany przez zielony parasol. Oparłem się łokciami o plastikowy stolik.
Nie powiem mimo, iż siedziałem w cieniu słońce dawało mi się we znaki. Tym bardziej, że siedziałem w koszuli z długimi rękawami, która była nieodłącznął częścią mundurku.
Po kilkunastu minutach Chanyeol raczył wyjść z budynku. Niósł dwa gofry, choć nie pamiętam, abym wtedy o niego prosił.
- Nie patrz tak na mnie! To, że nie mówiłeś nie znaczny, że nie chciałeś - usprawiedliwiał się.
Podał mi mojego gofra, po czym wziął gryza swojego.
Czasami naprawdę dobija mnie fakt, że ten psychol zna mnie, aż tak dobrze. Nawet za dobrze.
Ponownie zaczęliśmy iść w stronę swoich domów, tylko tym razem każdy jadł gofra.
Dom Park'a był po drodze do mojego.On mieszkał z rodzicami, a mnie moi wywalili natychmiast jak zostałem pełnoletni. Tym samym rzucili mnie na głęboką wodę, bym się usamodzielnił. Na początku zanim jeszcze znalazłem własny dach nad głową, mieszkałem u kolegi Luhan'a, chińczyka starszego ode mnie, który niedawno musiał z powrotem wrócić do swojego ojczystego kraju - Chin. Powiedział, że się jeszcze spotkamy, ale to już inna historia. Określmy to tak...niewielkie mieszkanie w centrum, praca w sklepie z komiksami oraz kot, to wyżyny mojej samodzielności.
Z zamyślenia wyrwał mnie Chanyeol, który umazał mi nos w bitej śmietanie. Zaczął się ryć jak głupi, a ja patrzyłem na niego z politowaniem.
I z takim kimś przyszło mi żyć. Za jakie grzechy? No co ja takiego zrobiłem w ciągu tych marnych 19 lat?
- Chanyeol - zacząłem ścierając śmietanę z nosa.
- Nie zabijaj!
Popatrzyłem na niego z miną "Are you fucking kidding me?".
- Chcę ci tylko uświadomić, że twój dom minęliśmy kilka metrów temu - mruknąłem.
- Ło Jezu!
- Wystarczy Baekhyun - prychnąłem.
- Dobra Baekkie do zobaczenia! - krzyknął i zniknął wraz ze swoim gofrem pośród tłumu.
I tyle widziałem rudzielca...moment, on nawet nie zareagował jak mu przerwałem. To dziad.
Wchodząc do mieszkania o mały włos nie zabiłem Kimi, która ni z tego, ni z owego pojawiła się pod moimi nogami. By zapobiec niepotrzebnej nikomu śmierci kota, sam wyrżnąłem pięknego orła na białych kafelkach.
Syknąłem z bólu przy podnoszeniu się. Zanim ten kot będzie wąchał kwiatki od spodu, to ja przez jego bezmyślne postępowanie wykorkuję. Kiedy to się stanie, ten KAWAII kurdupel będzie bezkarnie załatwiał się na mój grób, by zupełnie dopić biednego Bakusia!
Za dużo czasu z Chanyeol'em, już sam zaczynam zdrabniać swoje imię. Jeszcze dojdzie do tego, ze będę do niego mówił Yeollie. Tragedia...
Na samą myśl się wzdrygnąłem się z obrzydzenia. Podniosłem się z podłogi i ruszyłem do swojego pokoju.
Przebrałem się w luźniejsze ciuchy. W łazience wrzuciłem mundurek do prania
Przed wyjściem do pracy nasypałem jeszcze jeść bestii, wyszedłem z mieszkania i skierowałem się do sklepu z komiksami.

Autor: Lee Satori^^

10.05.2013

HunHan - "Wspomnienia" (to je zajebiste *-*)

Był zimny jesienny dzień. Nie wiem co mnie do tego skłoniło. Chyba ten podły nastrój. Owinięty beżowym szalikiem i w ciepłej kurtce poszedłem na spacer do parku.
Owy park był moim tak zwanym zaciszem. Mogłem tam sobie usiąść, pomyśleć i nikt nie zwracał tam na mnie uwagi. Czułem się wtedy jakbym był niewidzialny, nie istniał . Nie zawadzałem nikomu ani niczemu swoją istotą. A to było mi  potrzebne.
Usiadłem na starej ławce, gdzie widniał jeszcze ważny napis.
Spojrzałem się przed siebie. Niewiele ludzi chodziło po obsypanych liśćmi chodnikami, które przez padające ostatnio ulewne deszcze zrobiły się mokre i ciemne. Było kilka rodzin ze swoimi pociechami oraz uśmiechnięte od ucha do ucha pary. Nagle poczułem jak w oczach zaczęły mi się gromadzić łzy. Uśmiechnąłem się pod nosem.
Nie chciałem tych łez , ale czy miałem jakiś inny wybór?

Szedłem po zasypanych śniegiem ulicach. Ze słuchawkami w uszach. Kolejny raz w tym tygodniu po kłótni z matką. Zdenerwowany nie zważałem na otaczających mnie, śpieszących się ludzi, których było całkiem sporo jak na tę godzinę. W pewnym momencie poczułem silne szarpnięcie. Obróciłem się wokół własnej osi, a czarne słuchawki wraz z odtwarzaczem wylądowały na ziemi kilka razu odbijając się od skutego lodem chodnika.
- Mógłbyś uważać na to jak łazisz! – krzyknąłem i nie przyglądając się chłopkowi zacząłem zbierać szczątki mp3.
- Prze-przepraszam! Bardzo mi…eh strasznie mi przykro – usłyszałem delikatny, pełen pokory głos.”

Śliczne puszyste blond włosy, sterczące spod zimowej, zielonej czapki z małym pomponem. Grzywka, którą było widać delikatnie opadała na czoło. Wysoki. Posiadający czarne jak smoła oczy, delikatny nosek, bladą cerę z lekko zaróżowionymi policzkami. Ideał jak dla mnie.

„  - Kiedyś Chanyeol przeszedł samego siebie. Ubrał się w sukienkę swojej starszej siostry. Założył buty na obcasach, a na dodatek wraz z resztą chłopków znalazłem mu takie małe, słodkie różowe kokardeczki!

Oboje wybuchliśmy głośnym śmiechem, przy okazji zwracając na siebie uwagę całej kawiarenki.”

Pierwsze Bubble Tea. Stało to się po pierwszym spotkaniu.
W tej niewielkiej kawiarence usłyszał moje historie, a ja jego. Przy okazji poznał moich przyjaciół : Byun Baekhyun’a, Park Chanyeol’a oraz Kim Jongin’a. Do dziś pamiętam ich zdezorientowane miny, po przyjściu do kawiarenki, kiedy zobaczyli mnie i jego przy jednym stoliku.

„ – Luhan.. Proszę zwolnij! – jęknąłem cierpiętniczo.
- No jeszcze chwilę! Już niedaleko! – uśmiechnął się serdecznie i złapał mnie za rękę.
- Jeśli się potem okaże, że musiałem się wspinać tak długo na marne…to ręka, noga, mózg na ścianie jeleniu!
- Poczekaj Ty, ja też kiedyś Ci jakąś ksywkę wymyślę – popatrzył na mnie zza przymrużonych powiek.
Podniosłem ręce w obronnych geście, kiedy nagle chłopak odwrócił się do mnie plecami z lekkim fochem i zaczął z powrotem wchodzić na górkę.
- Xiao Lu – zacząłem – nie denerwuj się już!
Podbiegłem do niego i przytuliłem od tyłu.”

Przez ten spacer do dziś czuję zakwasy. Nie przeczę, nigdy nie miałem jakiejś cudownej kondycji. Jednak opłacało się.
Wielka kwiecista polana. Jedna biała, metalowa ławka, a obok niej altanka z pięknymi jasnoróżowymi kwiatami. Z polany był widok na całą panoramę Seulu.

„ – Everybody pomarańcze wy se chlacie, a ja tańczę! – Chanyeol jak dziki zaczął wywijać na stole w salonie.
- Złaź z tego, bo się zarwie! – panikował Baek.
- Oj! Uciszcie się! To nie Wasze zaręczyny tylko urodziny naszego Lu!
- Nie zwracaj na nich uwagi. To je BaekYeol to zawsze je dzikie - Luhan oparł głowę na moim ramieniu.
- No, ale oni rozpierdzielają Ci urodziny!
- Sehunnie…najważniejsze, że ty tu jesteś. Poza tym tych dwóch idiotów i tak nikt nie powstrzyma, a ja mam przez nich niezły ubaw, bo Yeol tańczy jak pijany bawół na tym stole!”

Tak jak przypuszczał Baekhyun…stolik się rozdupczył, a Luhan tak się śmiał, że znalazł się na podłodze obok Becon’a, którego Yeol uprzednio podniósł. Potem zaś przyszedł Kai. Gdy zobaczył Lu, Becon’a i Yeol’a na podłodze w dodatku mnie z takim wiekim WTF na twarzy sam zaczął się ryć jak głupi.

„ – Weź nie chlap!
- Mówiłem Ci, że bosko tańczysz?
- Tak choć to nieprawda i…przestań chlapać tą wodą z butelki!
- Za gadanie głupot czasem się należy!”

Tańczenie z JongIn’em na sali tanecznej i jak zwykle przypatrujący się nam Luhan. Jego wzrok zawsze sprawiał, że się krępowałem. Według niego, kiedy spuszczałem wzrok z wielkimi, czerwonymi rumieńcami bardzo uroczo wyglądałem.

„ – I co?! I co?! – dopytywał się Lu.
Uśmiechnąłem się szatańsko.
- SĄ RAZEM!!
Luhan zaczął piszczeć, skakać jak jakaś nastolatka z fangirlem, a na dodatek z całej siły mnie przytulił i dalej skakał.
- BaekYeol is real!!”

Wiadomość o naszej kochanej parze idiotów,cymbałów szybko się rozeszła. Byliśmy ostatnio pewni, że między nimi coś iskrzy, a kiedy powiedzieli, że są razem wszyscy byli bardzo szczęśliwi i chcieli jak zwykle urządzić party hard. Kai z BaekYeol’em stworzyli nawet nową parę.

„ – HunHan jest blisko – wyszczerzył się Yeol.
- Że co? – spytaliśmy się z Lu w tym samym momencie odrywając się od picia i jedzenia.
- HUNHAN. Czyli ty – wskazał palecem na Lu. – I ty – kiwnął na mnie.”

Akurat w tym momencie obydwaj musieliśmy pić. Wszystko wylądowało na chłopaku. Oczywiście nie obyło się bez późniejszego opieprzu od niego, bo : „Zawsze za prawdę człowiek musi oberwać charchem w twarz!”
No, ale w gruncie rzeczy ten jego HunHan powstał.

„- Sehun – zaczął poważnie. – Wiem, że po tym co teraz Ci powiem możesz nie chcieć mnie już nigdy wiedzieć na oczy. Nie powiem zraniłoby to mnie, ale jeśli nie będziesz chciał znać takiej osoby jak ja, odejdę.
Zauważyłem w jego oczach zbierające się łzy.
- Lulu co ty… - chciałem coś powiedzieć, lecz on mi przerwał
- Sehun ja…ja jestem idiotą, który kocha swojego najlepszego przyjaciela – wydusił w końcu, a łzy spokojnie spłynęły po jego lekko różowych policzkach.
Siedziałem jak sparaliżowany. Nie miałem pojęcia co zrobić. Jedyne co cisnęło mi się na usta było „Ja Ciebie też”. Starałem się odpowiednio ułożyć i dobrać słowa, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
Luhan siedział spokojnie na ławce oczekując mojej jakiejkolwiek odpowiedzi, a jego łzy znajdowały koniec na zimnym chodniku.
- Ja-a…Ciebie też Xiao Lu – mój uśmiech był w tym momencie całkowicie szczery. Chłopak z niedowierzaniem parzył się w moją stronę.
- Co?
- Kocham Cię Xiao Lu – powtórzyłem.
Teraz to on nie mógł nic wykrztusić. Korzystając z jego nieuwagi, w której to lekko nie kontaktował po prostu go pocałowałem.”

To wspomnienie spowodowało, że inne przychodziły ze zdwojoną prędkością. Nawet nie zauważyłem kiedy zacząłem płakać. Niczym dziecko siedziałem z podwiniętymi nogami pod samą brodę i po prostu płakałem jak nigdy. Bardziej, niż wtedy gdy byłem poniżany w szkole, bardziej niż po kłótniach z matką, po których wychodziłem cały posiniaczony.

„ – Lulu! Otwórz te drzwi!
- Ne-e
- No, otwórz je!
- Ne-e!
- Dobra, będę spał na tarasie.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Luhan mocno mnie przytulił i wpił się w moje usta.
- Chciałbyś. Tak łatwo się ode mnie nie uwolnisz.”

Jak zwykle zamykał te drzwi, a potem wykorzystywał to do pocałowania mnie. I na dodatek uśmiechnął się w ten charakterystyczny sposób.

„Oplótł nogi wokół mojego pasa, pogłębiając tym samym pocałunek. Nie wiele myśląc położyłem go na łóżko nie rozdzielając naszych ust. Usiadłem na jego brzuchu okrakiem, zdejmując przy okazji jego bluzkę”

Łzy wzmocniły na sile, czułem się jak wrak człowieka. Najgorsza istota…potwór.

„ – Do cholery czy ty nie rozumiesz, że nie musisz się ciągle o mnie martwić?! Sam potrafię o siebie zadbać! Nie potrzebny mi jest cień, który ciągle za mną chodzi!
- Po prostu się o Ciebie martwię! To źle?!
- Może byś przestał! Nie rozumiem powodu, dla którego się o mnie rzekomo „martwisz”?!
- Zawsze się będę o Ciebie martwił! Nie zależnie od sytuacji! Jesteś dla mnie najważniejszy!
- Nie, to nie jest jedyny powód! Jesteś również zazdrosny, choć sam nie wiem o co!
- Ale…Sehun.”

W tamtym momencie wyszedłem. Zatrzasnąłem za sobą drzwi, zachowując się jak ostatni idiota. Nie słuchałem go, jego wyjaśnień… zwyczajnie wyszedłem.
Telefon tamtego wieczoru dzwonił jak wściekły. Wyłączyłem go i poszedłem w stronę mostu.
Siedziałem tam całą noc, powoli rozumiejąc Lu, lecz kiedy wróciłem do domu nie mogłem go już przytulić, przeprosić lub dotknąć go już nie było. Dom był całkowicie pusty.
Włączyłem telefon i pierwsze co zrobiłem zadzwoniłem do Baekhyun’a.
„-Sehun! Jezu… jak dobrze, że dzwonisz! Lu-Luhan o-on nie żyje…wyszedł Cię szukać i samochód g-go potrącił”
Ten tekst ciągle przewijał mi się w pamięci. Nie mogłem go wymazać.
Nie potrafiłem uświadomić sobie, że Luhan nie żyje. Mój kochany Lulu…
Jedna głupia kłótnia… pozostawiająca po nim jedynie zdjęcia, jego rzeczy i ten niesamowity ból.
Łzy, ból, poczucie winy i momenty załamania. Nienawiść do świata, myśli co by to było, gdybym się z nim nie pokłócił, gdyby wszystko było dobrze.
Niestety jego nie ma. Nie mogłem się pożegnać czy choćby powiedzieć jedno zwykłe „Przepraszam” mające tak wielkie znaczenie.
Nie mam ani nie miałem zamiaru popełnienia samobójstwa. Zabić się po to, by już nie cierpieć. Czysty egoizm. Byłoby to cholernie niesprawiedliwe względem Lulu, jak i moich przyjaciół, którzy cierpieliby tak samo jak ja od czasu jego śmierci.
On nie chciałby bym się poddawał.
Jak ja teraz chciałbym mu spojrzeć w oczy. Przyznałbym, że jestem skończonym idiotą i dupkiem, bo naprawdę tak jest.
Spojrzałem w stronę niewielkiego napisy na oparciu ławki. Ważny napis który powstał w dniu, gdy Luhan wyznał mi miłość.
„Sehun…choć jesteś jaki jesteś. Kocham cię najmocniej na świecie ~
                      Twój Luhan ♥"



Autor: Lee Satori - gdybym nie musiałam bym tego nie publikowała...lecz pewne stworzenie zwane Shią, zmusiło mnie do tego. Powiedziała, że ma być wszystko nawet ten napis w tytule "To je zajebiste *-*)

8.05.2013

"My love my pet" prolog

Czekać na dzwonek. Dzwonek zwiastujący koniec lekcji, a zarazem upragnione przez wszystkich wakacje.
Nie słuchałem już nawet słów nauczycielki zapisującej coś na tablicy, tylko patrzyłem pustym wzrokiem w kierunku niewielkiego, plastikowego zegarka wiszącego na białej ścianie centralnie przede mną.
Jeszcze tylko minuta. Sześćdziesiąt sekund siedzenia w tej szarej klasie i słuchania jak przez mgłę nauczycielki.
Moje emocje sięgały już zenitu.No, bo jak długo można czekać na ten dzwonek?!
Jedynie trzydzieści sekund do końca.
Ktoś zamknął zeszyt rozpoczynając w ten sposób falę uderzeń, szurania i zamykanych toreb bądź plecaków. Lekko podniesiony głos nauczycielki, w którym dało się usłyszeć pretensje odbił się od moich uszu. Nic jej marudzenie nie przyniosło.
- Dryyyń!
Wraz z tym dźwiękiem słowa nauczycielki przestały się liczyć, a w głowie zapewne świecił się jak neon wielki napis "WAKACJE". Klasa będąca przed chwilą wypełniona teraz stała się bardzo opustoszała.
Zostałem tylko ja i starsza pani, owa nauczycielka.
Lekkim krokiem wyszedłem z tego ponurego miejsca mówiąc jako jedyny skromne "Do widzenia".

Jaki długi prolog xD
Autor: Lee Satori - Srator 

6.05.2013

"Życie jest niesprawiedliwe" prolog

Nieszczęsny Chanyeol. Przez swoich niezrównowarzonych kolegów został zmuszony do rzeczy, której nie chciał i na pewno zapamięta to na długo.
                                         
                                                               ( Chanyeol *POV* )
- Kai, ty debilu - warknąłem próbując uwolnić się z uchwytu kolegi. - Puść mnie. Ja tego nie zrobię!
- Przegrałeś zakład, musisz - zaśmiał się wymieniony powyżej.

 Ja, Park Chanyeol, grzeczny 22-latek idący właśnie do klubu ze striptizem.
***
    O łaj this fuck. Czemu mam tak bardzo popapranych znajomych?! Przez ten głupi zakład, polegający na wypiciu surowego jajka i nie zwymiotowaniu się po nim, musiałem iść do miejsca, w którym ( jak sobie obiecałem) nigdy nie postawię nawet jednej stopy. Co gorsza zrzygałem się na Sehun'a.
    Czemu nie mam chcęci na latające pomiędzy stolikami pół nagie baby? Prosto i na temat. Jestem gejem. Odkąd pamiętam jestem gejem. I nie chcę tego zmieniać, bo tak mi jest dobrze. Oczywiście nikt nic nie wiedział o moim za interesowaniu seksualnym. Nawet tych dwóch debili, ale oni by się nawet nie domyślili, gdyby na ziemię spadała kometa.
    Wracając do miejsca mojego pobytu... o zgrozo tu jest gorzej niż sobie wyobrażałem. Wielkie pomieszczenie zastawione okrągłymi stołami, przy których stały po cztery krzesła. Dookoła nie chodziły jednak striptiz'erki tylko kleiły się do bogatych pedofili. Nie wiem jak te kobiety mogły się tak zeszmacić. Oczywiście mogły mieć swoje powody do właśnie takiej pracy. Gdybym był kobietą nigdy bym na takie coś nie pozwolił. Okropność.
    Usiadłem przy jednym ze stolików jak najdalej lady bo tam właśnie stała zgraja czyhających na ofiarę tygrysic. Mimo odpowiedniemu dystansu między nimi, a mną nie zadziałała tak jak powinna. Od razu mnie wypatrzyły. Miałem warzenie, że kłócą się obsłużenie swego klienta. Nagle jedna z nich wystąpiła. Wysoka, szczupła sylwetka blond włosej dziewczyny szła w moim kierunku. Była ładna, lecz wyraz jej twarzy jakoś dziwnie wrogi. Wtedy była tuż obok mnie.
- Co złociutki, potrzebujesz towarzystwa - zapytała kuszącym głosem.
- Potrzebuję osoby godnej mojego towarzystwa, a nie ciebie - prychnąłem.
Bardzo lubiłem dogryzać osobom, które od początku mi się nie podobały. To sprawiało taką przyjemność.
- Czy ty słyszysz co ty mówisz - zapytała z jeszcze groźniejszym wyrazem twarzy.
- Nie bo twoja 5-tonowa tapeta mnie zagłusza - tryumfowałem.
- Mogę z ciebie zrobić garstkę pyłu w każdej chwili - warknęła pochylając się nad moją głową.
Czułem jej ochydny oddech. Mieszanka alkoholu i papierosów.
- No jednym chuchnięciem w twarz zabiłabyś na miejscu - zaśmiałem się.
- Tego za wiele - krzyknęłą. - Odbiorę ci dziewictwo!
- Tylko spróbuj...
Kreatura jakby nie usłyszała. Łapczywie złapała mnie za koszulkę i pociągnęła za nią tak jakby zaraz nasze usta miały się złączyć. Bałem się co będzie dalej. Nie liczyłem na nic więcej z jej strony.
Ucieczka nie wchodziła w grę. Nagle zobaczyłem światełko w tunelu:
- Kayah, masz klienta! - usłyszałem delikatny głos zza barku z alkoholem.
- Jestem zajęta! - odkrzyknęła odwracają głowę w stronę barku.
Postać wychyliła się zza blatu. Był to chłopak...co ja mówię?! Anioł wcielony!
Miał ciemno brązowe włosy z jaśniejszymi refleksami. Cudowne czarne oczy podkreślone eyelinerem przez co wyglądał cholernie seksownie. Ubrany był w czarne rurki i luźną białą bluzkę. W pasie zawiązany był równie czarny fartuszek.
Spojrzał w moją stronę i uśmiechnął się w zniewalający sposób, przez co moje nogi zrobiły się jak z waty. Zapomniałem jak oddychać. Jego głos był dla mnie jak uzależniająca melodia. Chciałem usłyszeć ją jeszcze raz...i tak się stało:
- Płacę Ci, więc się mnie słuchaj - powiedział teraz bardziej władczym głosem. - Pokój numer siedem, teraz!
Jest nadzieja...cóż myślałem, że jest nadziej, lecz tak zwana Kayah mocno przycisnęła swoje wargi do moich. Robiła to tak brutalnie. Po chwili się odczepiła...ulga, obrzydzenie, strach. To czułem po tym bliskim spotkaniu piątego stopnia.
- Jeszcze po Ciebie wrócę - powiedziała blond włosa.
Teraz to się bałem. Mam nadzieję, że trochę zejdzie przy tym "kliencie" i będę miał czas, aby zwiać.
Jednak pewna część mnie chciała zostać z powodu nieznajomego chłopaka. Wcześniej wymieniony właśnie do mnie podchodził. Moje ciało zalał zimny pot. Co mam powiedzieć? Co zrobić? Czy po prostu uciec z miejsca zdarzenia?
Było już za późno. Stał dokładnie przede mną. Na jego plakietce widniał napis "Baekhyun".
Już miałem coś powiedzieć, ale w tym wyręczył mnie Baekhyun.
- Cóż, nie wszyscy reagują tak na najlepszą pracownicę w moim barze - powiedział z chytrym uśmieszkiem.
Parę razy otwierałem buzię, ale za każdą próbą nie udało mi się nic wydusić. Widziałem jak chłopak śmieje się pod nosem.
- Podać coś? - zapytał.
Pokiwałem głową wbijając wzrok w podłogę.
- Co? - powiedział znużonym głosem Baekhyun.
- W-wodę - wyjąkałem.
Chłopak powolnym krokiem podszedł w stronę stoiska z napojami, to był idealny moment na ucieczkę. Jednak zatrzymałem się. Jakaś siła sprawiła, że moim ciałem zawładnęło dziwne uczucie, którego  nie potrafiłem opisać.To wypalało mnie od środka. Co się ze mną dzieje?!
***
Obiekt mojego zainteresowania wrócił ze szklanką wody w niewesołym nastroju.
- Proszę, podać coś jeszczę czy wystawiać już rachunek?
- Rachunek poproszę - powiedziałem jak najbardziej naturalnym głosem na jaki mogłem się zdać.
Dziwne. Ten zwykły chłopak samą swą obecnością sprawia, że nie mogę się ruszyć. Coś mi się wydaję, że nie poprzestanę na jednym spotkaniu z Baekhyun'em...

Autor: Cho Shia - Sryja

5.03.2013

~ Krótki wstęp ~

Oczywiście to nie jest nasz pierwszy blog xD
Tylko no właśnie ten blog będzie o innej tematyce...yaoi tak dokładniej ^^
Nie wiemy jak to będzie, czy nam się uda, ale raz lamie śmierć. Będziemy się starać ;D
Blog nie będzie funkcjonował od razu. Minie parę dni, bo w planach mamy zakończyć to pierwsze opowiadanko no i zanim się przestawimy na inne to też trochu może minąć.
Nie martwcie się, blog nie będzie pusty. Prędzej czy później coś stworzymy @_@
A tym czasem zapraszamy na obecnego bloga : Dreams & Real.
To na tyle dziękujemy za uwagę ;*
Cho Shia & Lee Satori