27.09.2013

Darkness Moon 0

Siedziałem na plastikowym krzesełku na balkonie. Księżyc w pełni świecił bardzo mocno rozświetlając okolice. Na ulicach nie jeździły już samochody. Nie było słychać nic tylko cichą melodię, którą sam grałem. Trzymałem gitarę w rękach i grałem melodię, która towarzyszyła mi odkąd byłem mały. Dźwięki gitary czy jakiegokolwiek instrumentu zawsze mnie uspokajały. Koiły moje zszargane nerwy zastępując je tak bardzo upragnioną ciszą i spokojem.Codzienne zmartwienia znikały, a ja w końcu czułem się wolny. Kiedy skończyłem grać i podniosłem się z siedzenia poczułem dziwny skurcz w żołądku. Następnie ogromny ból w klatce piersiowej zmusił mnie do ponownego zajęcia miejsca na krześle. Skurczyłem się z bólu próbując złapać powietrze. Na marne. Diametralnie zrobiło mi się jasno przed oczami. Owa biel była przerażająca, lecz nic nie mogłem z nią zrobić. Ucisk w klatce z każdą chwilą się nasilał. Czułem jakby coś wysadzało mi płuca od środka. Ni stąd ni zowąd ból zaczął zanikać. Chciałem wstać i wrócić do mieszkania, ale byłem zbyt obolały i roztrzęsiony. Zakręciło mi się w głowie i straciłem przytomność.
Teraz była tylko ciemność...

23.09.2013

"My love, my pet": Six

Spojrzałem na swoją zakrwawioną rękę i ślady po cięciu na nadgarstku.  Strużki szkarłatnej cieczy znajdowały koniec dopiero na białych kafelkach w łazience.
Około tygodnia temu Chanyeol poszedł na randkę z tym plastikiem. Teraz są już podejrzewam szczęśliwą parą.
Channie non stop opowiadał mi o tej blond pale. Jaka to ona cudowna, a jakie to ma poczucie humoru i wszystko najlepsze.
Szkoda tylko, że podczas tego tygodnia ani razu nie spytał co u mnie, bądź jak się czuję.
Podczas tych siedmiu cholernie długich dni coraz bardziej się w nim zakochiwałem, wspominając stare dobre czasy.
Wkurza mnie to, że zachowuje się jak jakaś rozpieszczona nastolatka. Gdybym mógł… gdybym mógł się pogodzić z tym, że ma dziewczynę.
Zaraz. Odpuściłbym przy każdej innej, ale nie takiej, po której od razu widać co chce zrobić.
Chan będzie cierpiał, a ja nie potrafię nic temu zaradzić. Czegokolwiek bym nie próbował, on zawsze będzie mnie zbywał. Zawsze kiedy próbuje mu to uświadomić słyszę tylko: „Baekhyun, daj spokój”.
To chyba boli w tym wszystkim najbardziej.
Kocham go, a on nie chce mi uwierzyć. Mnie, swojemu rzekomo najlepszemu przyjacielowi.
Podniosłem się ociężale z podłogi i podszedłem do umywalki. Opłukałem sobie twarz, a potem nadgarstek, który zaraz owinąłem bandażem.
Spojrzałem w lustro, widok mojej twarzy w takim stanie, wcale mnie nie zdziwił. Kilka nieprzespanych nocy, zero apetytu i ciągłe myślenie o tej jednej sprawie.
Podczas tego tygodnia Hana i Lay zdążyli wrócić do pracy. Kiedy tylko przekroczyli próg sklepu meldując się do roboty, ja oznajmiłem, że biorę sobie urlop. Dwutygodniowy. Minął już tydzień, przez który nudziłem się w czterech ścianach nie utrzymując z nikim kontaktów. Poszedłem do pokoju w końcu się w coś ubrać. Założyłem czarną bluzę z za długimi rękawami i do tego zwykłe dżinsowe rurki.
Skierowałem się do kuchni i nastawiłem wodę na herbatę. Tego dnia było wyjątkowo zimno jak na letnią porę. Słońce przykryte było przez deszczowe chmury i do tego wiał mocny wiatr. Zaraz pewnie się rozpada.
Dobrze, że nie muszę zamulać w pracy.
Usiadłem z gorącą herbatą przy stoliku w kuchni.
- Kimi! – krzyknąłem lekko zachrypniętym głosem.
Kot natychmiastowo znalazł się przy mojej nodze, a nawet wskoczył na kolana.
Nie przeczę ostatnio z Kimi dogadywałem się znaczenie lepiej. Jestem niemal pewny, że to tylko dlatego, że wyczuła mój marny charakter i robi to z czystej litości. Lepsze to, niż nic w gruncie rzeczy.
- Może to i tylko chwilowe, ale szczerze mogę przyznać, że stałaś się moją przyjaciółką. Prawda czasami mam ochotę cię udusić, ale ty pewnie masz te same odczucia patrząc na mnie – mruknąłem i wziąłem łyka herbaty.
Czy mi się wydawało czy Kimi kiwnęła twierdząco głową na moje słowa?
Baekhyun wariujesz.
♦♦♦
Po południu leżałem na kanapie z kotem u boku i oglądałem telewizję. Na dworze strasznie padało i co chwila zacinało sygnał.
Idiota wychodziłby w taką pogodę z domu.
Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Kimi niczym pies obronny znalazła się natychmiast pod drzwiami i miałem wrażenie, że miała ochotę szczeknąć.
Podniosłem się leniwie z kanapy poprawiając przy okazji sweter. Zasłoniłem mocniej lewy nadgarstek i poszedłem w stronę drzwi.
Otworzyłem je… no i mam idiotę, który wychodziłby w taką, a nie inną pogodę.
- Cześć Baekhyun!
- Zgłupiałeś do reszty Chanyeol! Chcesz być chory?! – wpuściłem go do środka.
Kot już dawno zwiał pod łóżko. Ostatnio tak jak ja nie przepadał za gośćmi.
- Tak reagujesz kiedy ktoś przychodzi w odwiedziny? – udał obrażonego.
- Zdejmuj kurtkę i wskakuj pod koc, a ja przyniosę kakao – rozkazałem.
Channie mruknął coś jeszcze pod nosem, że zachowuję się jak jego matka i usiadł na kanapie opatulając się w koc. Po tygodniu pokazał nareszcie, że żyje i przyszedł do mnie. Mimo to i tak za bardzo nie potrafię się na niego gniewać. Tym bardziej widząc go zmarzniętego, przemoczonego i całego trzęsącego się.
Kilkanaście minut później dołączyłem do chłopaka z dwoma kubkami gorącego napoju.
- Dzięki Baekkie – uśmiechnął się w podziękowaniu. – To co oglądamy?
- W tą pogodę raczej nic – spojrzałem przez okno. – A tak w ogóle co tu robisz?
Chłopak wziął łyka i chwilę się zastanowił.
- Po długim czasie niewidzenia cię postanowiłem cię odwiedzić i sprawdzić czy żyjesz i czy nie nudzisz się na urlopie.
- Mów prawdę. Kombinujesz – stwierdziłem patrząc na niego spod przymrużonych powiek.
Chłopakowi zrzedła mina, głośno westchnął i spuścił głowę.
- Baekkie, miałeś racje co do Sory…
Wiedziałem, że coś jest nie tak.
- Powiedziała mi w twarz, że mnie zdradziła z kimś znacznie bogatszym i jej się nie przydam.
Odłożyłem kubek na stolik i przytuliłem chłopaka najmocniej jak potrafiłem. Chanyeol oparł głowę o moje ramię i odwzajemnił uścisk.
- Yeol może cię to nie pocieszy, ale Sora musiała być wielką idiotką rezygnując z ciebie, bo lepszego chłopaka nigdzie nie znajdzie – szepnąłem głaszcząc go po wilgotnych od deszczu plecach.
♦♦♦
Nawet nie wiem kiedy zasnąłem, ale po obudzeniu było mi strasznie gorąco.
Spojrzałem do tyłu, a tam zobaczyłem śpiącego Yeol’a przytulającego się do moich pleców.
Chanyeol. Przytula. Mnie.
GORĄCO!
Straciłem równowagę i spadłem jak długi na dywan koło kanapy.
- Co się stało! – przerażony krzyk Chanyeola podejrzewam, że obudził nawet moich sąsiadów. – Becon czemu leżysz na ziemi.
- A no wiesz. Tak tylko. Dla zabawy spadłem – machnąłem ręką na niego.
Zaraz jednak chłopak postawił mnie na nogi.
- Nic ci nie jest? Ile pokazuje palców?
- Channie, nie spadłem z jakiejś wielkiej wysokości. To tylko kanapa.
- Channie! – zaczął skakać ze szczęścia. – To ty jednak masz serce!
Serio? Czy ja zachowuje się w stosunku do niego jakbym nie miał serca?! Dla niego chyba jestem najmilszy.
- Choć zjemy śniadanie! – wyszczerzył się i pociągnął mnie za nadgarstek.
Cicho syknąłem z bólu.
Chanyeol spojrzał na mnie zdziwiony. Już chciałem zabrać swoją rękę, ale on zdążył wzmocnić uścisk i podwinąć mi bluzę.
- Baekhyun co to jest? – spojrzał na mnie poważnie.
- Nieważne – mruknąłem i wbiłem wzrok w podłogę.
- Baekhyun! – krzyknął.
Spojrzałem na niego wystraszony. Nigdy na mnie nie krzyczał.
- Nie twój interes.
- Jesteś moim przyjacielem, więc jest to też mój interes!
- Nagle sobie przypomniałeś, że masz przyjaciela… Nieważne, zostawmy tą sprawę w spokoju i chodźmy na śniadanie.
- NIE! Nie dam ci spokoju dopóki mi tego nie wyjaśnisz i się nie usprawiedliwisz! Cięcie się to jest czysta głupota, po co ci to?! – nie dawał za wygraną.
- Szczerze? Przyszedłeś do mnie tylko, dlatego że dziewczyna cię zostawiła! Gdyby nie to dalej miałbyś mnie w dupie, zapomniałbyś w ogóle o moim istnieniu!
- Przestań…
-  Nie pomyślałeś o tym, by do mnie zadzwonić, spotkać się czy coś!
Chłopak patrzył na mnie zdziwiony nadal trzymając mój nadgarstek. Wyrwałem się z jego uścisku, gdyż ręka zaczynała mi już powili drętwieć.
- Ty jako mój przyjaciel, bo tak się nazywasz powinieneś choć trochę być ciekawy co się u mnie dzieje. Znasz mnie, wiesz że nigdy nie kłamię, więc czemu tym bardziej miałbym okłamać ciebie w sprawie Sory?  Miałeś gdzieś to co o niej mówię. Ignorowałeś mnie, a potem jak Hana i Lay wrócili do pracy nawet nie zadzwoniłeś jak zazwyczaj.
Przez niecały miesiąc cały czas musiałem non stop słuchać o dziewczynie, która może skrzywdzić mojego najlepszego przyjaciela lub co więcej osobę, którą kocham!
Jakby ręką odjął straciłem ten okropny ciężar, który siedział we mnie. Wszystko co miałem w sobie właśnie wykrzyczałem mu w twarz i jest mi luźniej. Zanim się obejrzałem po moich policzkach zaczęły lecieć łzy.
- Baekhyun…
- Daruj sobie.
- Ale…
- Wynoś się z mojego domu! – krzyknąłem i wskazałem na korytarz.
Chłopak ze smutkiem i poczuciem winy malowanym na twarzy poszedł w kierunku drzwi. Usłyszałem jeszcze tylko ciche, ale pełne bólu „przepraszam” i trzask zamykanych drzwi.
Przez nasilający się płacz z trudem mogłem złapać powietrze. Łzy spływały po moich bladych policzkach i wsiąkały zaraz w kołnierz bluzy.
Nie chciałem go tak potraktować. Wszystko co we mnie siedziało… tak po prostu.
Kimi stanęła obok mnie i przytuliła się do mojej nogi.
- Jestem idiotą. Mogłem powiedzieć mu to delikatniej, albo nie wywalać go od razu z domu.


Autor: Lee Satori - Chwila prawdy. Jeszcze tylko rozdział + epilog T^T

6.09.2013

"My love, my pet": Five

Co mnie podkusiło, by zgadzać się na tę durnowatą propozycję Chanyeola?
Teraz muszę w drodze do pracy wysłuchiwać co u niego się działo gdy nie utrzymywaliśmy kontaktów. Jakby do mnie dzwonił codziennie to miał bym to jako tako podzielone na dnia, a nie jeb, wszystkie jego historie jednego dnia. Nawet lepiej, bo odnoszę wrażenie, że chce to wszystko mi przekazać w ciągu tych kilku minut między mieszkaniem, a budynkiem pracy.
Mógł zadzwonić przeprosić i moje uszy, by nie więdły od nieustającej paplaniny od strony wielkoluda. Choć czemu ja nie zadzwoniłem i nie przeprosiłem? Może jestem za bardzo przyzwyczajony do tego, że on to zazwyczaj robił? Bądź jestem takim stworzeniem, który nie widzi winy w sobie i o wszystko obwinia innych…nie wiem jak Channie może ze mną wytrzymywać. STOP! Czekaj? Co!
Jaki Channie, nie na pewno tak nie pomyślałem. Nie to nie może być to. Pewnie było Chanyeol tylko coś mi się porypało i myślę, że było inaczej.
Spojrzałem na profil wielkoluda, któremu buzia się nie zamykała. Cały czas na jego twarzy gościł delikatny uśmieszek.
Dobra, poddaję się! Powiedziałem Channie, choć sam kurde nie mogę w to uwierzyć. Dziczeje?
Nie na to musi być inne racjonalne wyjaśnienie.
- Baekhyun!
- Hę? – odparłem nieinteligentnie.
- Co ty tak bujasz w obłokach? Zakochałeś się – bardziej stwierdził, niż spytał.
Szczerze nie wiedziałem jak zareagować.
- Niee mów, o ja… Byun Baekhyun się zakochał! – zaszczebiotał jak trzynastoletnia dziewczynka.
A co najgorsze jest w tym wszystkim? Że zakochałem się w nim!
Mogłem wybrać jakąkolwiek osobę chodzącą ulicach Seulu. Osobę jakąkolwiek chodzącą po ŚWIECIE! Nie, bo ja zamiast wybrać sobie uroczą, długowłosą dziewczynę wybrałem sobie Park Chanyeola z wiecznie głupim wyszczerzem i równie głupimi pomysłami.
Ma człowiek gust, co nie?
Zanim się obejrzałem znaleźliśmy się już w budynku ze sklepem z komiksami.
- To ja pójdę na zaplecze, tylko wyjaśnij co? Gdzie? I jak?- i znów ten przeklęty uśmiech.
Trzyma mnie ktoś, bo zemdleje. Już nogi odmawiają mi posłuszeństwa, a to dopiero pierwszy dzień z Happy Virusem .
Poszedłem z chłopakiem na zaplecze i tak jak prosił wyjaśniłem o co biega w tych kartonach i co ma mniej więcej robić.
Zostawiłem go z problemami i zająłem się własnymi za ladą.
♦♦♦
Siedziałem jak zwykle na swoimi miejscu i obsługiwałem klientów, nawet tych najbardziej marudnych, których czasem miałem ochotę udusić własnymi rękoma.
Nagle jak coś nie huknęło. NIE! Czyżby powtarzała się historia z Haną! Ostatnia osoba pomagająca mi jakoś w tym bagnie komiksów ma sobie cos zrobić na zapleczu… o nie, tym bardziej, że to Chanyeol.
- Nic mi nie jest Baekhyun! Nic, a nic! – usłyszałem pogodny, ale lekko zdyszany głos Yeol’a.
Kamień z serca. Nie zabił się.
Pożegnałem się z klientem i rzuciłem się natychmiast do pomieszczenia, w którym przebywał Channie.
-Nic…
Jak tylko przekroczyłem próg pierwsze co rzuciło mi się w oczy to Chan, ledwo co powstrzymujący ciężki karton z komiksami przed upadkiem.
- Czemu nie wołasz, że pomocy potrzebujesz! – oburzony jak najszybciej do niego podbiegłem i razem poradziliśmy sobie z tym utrapieniem, że tak to powiem.
- Nie chciałem ci zawracać głowy. Poza tym myślałem, że sam sobie poradzę.
Wybuchnę. Debil naraża się, bo nie chciał mi przeszkadzać. A co jakby coś my się stało czy coś. Nie darowałbym sobie jakby zrobił sobie krzywdę. Miałem ochotę go tak ochrzanić, że jest bezmyślnym idiotą i patafianem, ale zarazem nie chciałem wszczynać zbędnej kłótni.
Dziś rano dopiero się pogodziliśmy, więc niech lepiej zostanie tak jak jest, a to co myślę przemilczę. No dobra nie przemilczę, ale nie krzyknę.
- A co jak by ci się coś stało? – a nich się trudzi z odpowiedzią.
- Wtedy, byś mnie ratował i wzywał pogotowie – wyszczerzył się.
Myślałem, że będzie się trudził. Nadzieja matką głupich, w tym mnie. Czy ja jestem taki przewidywalny?
- Nieważne – mruknąłem. – Możesz sobie zrobić przerwę , nie musisz non stop pracować.
- A ile czasu ja już tu siedzę?
Spojrzałem na zegarek.
- Tak jakieś 5 godziny – mruknąłem.
- Jakiem cudem?!
W pracy czas oczywiście mija szybciej, niż na nudzeniu się.
- W takim razie robię sobie przerwę i będę ci towarzyszył  – poruszył śmiesznie brwiami.
- Niech będzie – machnąłem na niego rękę i wyszedłem z zaplecza.
Usiadłem na swoim standardowym miejscu i obserwowałem jak Chanyeol kręci się po całym sklepie, aż w końcu postanawia zasiąść obok mnie.
Westchnąłem i czekałem na jakiekolwiek klienta.
- Idę do łazienki, dasz sobie radę jakby coś? – spytałem chłopaka podnosząc się z krzesła.
- Postaram się – kiwnął głową.
~ ♦ ~
Wyszedłem z łazienki i pierwsze co zrobiłem to spotkałem się z podłogą. Dosłownie, a przez kogo? Jak zwykle przez Park Chanyeola.
- Co się stało, że mnie atakujesz?! – spojrzałem przerażony na twarz Yeol’a, który z resztą ciągle na mnie leżał.
- Nie zgadniesz!
- To mi powiedz skoro wiesz, że nie zgadnę!
Odchrząknął i podniósł się z mojego biednego, zgniecionego, staranowanego ciałka.
- Mam randkę! – zaczął skakać jakby miał wiewiórki w spodniach.
- Z kim? – spytałem podejrzliwie, mierząc go wzrokiem od góry do dołu.
- Pamiętasz tą blondynkę, Sorę, co nie chciałeś mi pomóc?
Nie! NIE! STANOWCZE NIE!
Patrzyłem się szeroko otwartymi oczami na chłopaka przede mną. Wryło mnie w ziemie. Czułem się jakby coś przybiło mnie do tych kafelek i żaden łom, by mnie nie wydostał.
Wszystko tylko nie ta blondynka. Każda informacja byłaby lepsza od tej. Znacznie lepsza!
Baekhyun przesadzasz.
- Becon – zamachał mi rękę przed twarzą.
- Hę…Na długo się wyłączyłem?
- Zależy. Wracając do tematu, mam dziś randkę! – zaśmiał się.
Chyba mam migrenę. Potrzebuję wody i tabletek. Coś tak nagle duszno się zrobiło i trochę mi słabo.
Przytrzymałem się lady i jakoś doczłapałem do krzesełka.
- Nie cieszysz się!
Przełknąłem ślinę i kiwnąłem twierdząco głową nadal w lekkim osłupieniu i z bólem głowy.
- O której masz tą randkę – ostatnie zdanie ledwo co przeszło mi przez gardło, w którym czułem teraz okropną gule.
Tak może przesadzam. Ale nie codziennie osoba, która mi się podoba (o czym dowiedziałem się całkiem niedawno) może spaprać sobie życie z kimś innym. Wszystkie najczarniejsze scenariusze, możliwe z tą kobietą tliły mi się w głowie i za żadne skarby nie mogłem się ich pozbyć. Więc mam prawo tak a nie inaczej to przeżywać.
- O 20:00 – odpowiedział.
- Jest szesnasta, więc możesz już iść. No wiesz szykować się i w ogóle – mruknąłem z wymuszonym uśmiechem.
- Serio?! Dziękuję! – rzucił się na mnie i zaczął przytulać.
- Chan ja cię tu nie trzymam, w każdej chwili możesz wyjść – stwierdziłem.
Chłopak oderwał się ode mnie, jeszcze raz podziękował i wyszedł, zos
tawiając mnie samego z myślami… znowu.